Najlepszy „ciężki” naszych czasów?

Kto zasługuje na tytuł najlepszego zawodnika wagi ciężkiej w erze po Tysonie? Nie ma wątpliwości, że kandydat jest tylko jeden i nie jest nim Lennox Lewis. Jeśli        w ciągu kilku kolejnych lat spełni swoje plany, to chcemy tego czy nie, nie będzie innej odpowiedzi niż: Władimir Kliczko.

Kliczko? Najlepszy?!? Brzmi jak herezja? Zastanówmy się jednak spokojnie.  Do wspomnianego tytułu są tylko dwaj inni kandydaci: właśnie Lewis i Witalij Kliczko.
Witalij w 2003r. bezpardonowo zepchnął z tronu Lewisa w pamiętnej walce w Los Angeles. Nad jego karierą zaciążyły jednak: prawie 4 – letnia przerwa spowodowana kontuzją oraz przedłużające się okresy nieaktywności (jak ostatnio).
Co do Lewisa, to w okresie największej potęgi, czyli po pokonaniu Holyfielda                       i zunifikowaniu pasów, stoczył 7 walk. Panowanie Brytyjczyka nie było pasmem sukcesów: z Rahmanem przegrał przez KO, a z Vitalijem był na granicy nokautu. Ostatecznie uratowała go kontuzja Ukraińca.

wlad

fot. Creative Commons by BerlinBeyond2011

Władimir walczy często, przyjmuje wyzwanie od wszystkich możliwych oponentów. Nie unika oficjalnych pretendentów, okazując tym samym szacunek do pasów. Jest czempionem w starym, dobrym stylu.

Władimir ostatni raz przegrał 9 lat temu. A od ponad 5 jest posiadaczem trzech pasów mistrzowskich (po zwycięstwie nad Davidem Hayem do kolekcji dołączył pas WBA), których bronił dotąd 10 razy. W żadnej z tych walk nie pozostawił choć śladu wątpliwości kto jest lepszy. I choć statystyka to wyjątkowo słaby argument, a za pomocą takich wyliczanek da się udowodnić każde kłamstwo, to istnieje prawdopodobieństwo, że bazując na nieprzerwanej serii obron Władimir Kliczko przejdzie do historii jako jeden       z najwybitniejszych ciężkich.

Jego największą słabością jest coś na co niestety nie ma wpływu: jakość rywali. Kolejne obrony ukraińskiego czempiona sprowadzają się niestety do typowania rundy, w której  oponent znajdzie się „na kolankach”. Nazwiska Tonego Thompsona, Rusłana Czagajewa, czy Mariusza Wacha nie robią na nikim (szczególnie w USA) wrażenia, ale pamiętajmy, że Lewisowi też zdarzało się bronić tytułu przeciw zawodnikom wyraźnie słabszym np. Frnas Botha czy David Tua. Muhammad Ali również nie zawsze toczył heroiczne boje z Frazierem. A nazwiska kolejnych przeciwników Joe Louisa pozostają znane tylko historykom boksu.

Władimir Kliczko nie ma oczywiście szans by konkurować z żadnym z nich. Louis, Ali czy Tyson wykroczyli poza sport i zawładnęli wyobraźnią ludzi, którzy nigdy boksem się nie interesowali. Stali się symbolami swoich czasów. A z symbolami nie da się konkurować.

Najbardziej krzywdzący dla wizerunku Władimira jest fakt, że odwrócił się plecami od USA, którym wciąż wydaje się, że każdy czempion (a szczególnie w wadze ciężkiej) musi zdobyć „stempel jakości” za Oceanem. Amerykanie nie zauważyli, że świat im uciekł,      a królewska kategoria radzi sobie bez nich. Czekają na następnego Mike’a Tysona, kogoś, kto pojawi się znikąd, znokautuje „uzurpatora” i zwróci tytuł mistrza świata wagi ciężkiej jego prawowitej właścicielce: Ameryce.

Władimir ma 37 lat. Jego panowanie jeszcze się nie zakończyło. Wręcz przeciwnie, właśnie teraz będzie miał do udowodnienia jeszcze więcej. Kolejni pretendenci: Aleksandr Powietkin, a w perspektywie Tyson Fury, albo Kubrat Pulev zasłużyli na swoją szansę i nie zostali wyciągnięci z kapelusza. Jeśli Kliczko będzie boksował do czterdziestki, co biorąc pod uwagę jego profesjonalizm i sportowy tryb życia jest bardzo prawdopodobne,    zwyciężając wszystkich, którzy rzucą mu wyzwanie. Jeśli dołoży do swojej kolekcji pas WBC, który prędzej czy później odda Vitali. Jeśli, zgodnie z tym co ostatnio powiedział, zdecyduje się wystąpić na Igrzyskach w 2016r. i zdobędzie drugie            w karierze olimpijskie złoto, to czy dalej będziemy kwestionowali jego wielkość?

P.S. Dziś na ringu w Mannheim Władimir zmierzy się z Francesco Pianetą. Jeśli wygra nikt nie zwróci na to uwagi. Jeśli jakimś cudem przegra, to starania o miejsce w historii będzie musiał zawiesić na kołku.

TT

Reklamy

5 bokserskich hitów, które trzeba zobaczyć w 2013 roku

Bokserskie hity są jak hollywoodzkie kino, bo choć kręcimy nosem, że więcej tu show businessu niż sportu, to i tak je oglądamy. Schowajmy jednak artystyczne ambicje do kieszeni i zobaczmy pięć najbardziej oczekiwanych pojedynków 2013 roku.

1. Floyd Mayweather Jr. vs. Saul Alvarez

Fot. Strona oficjalna Canelo, http://www.saulcaneloalvarez.com/

Fot. Strona oficjalna Canelo, http://www.saulcaneloalvarez.com/

Starcie młodej meksykańskiej gwiazdy z królem pay per view to potencjalnie największy pojedynek, na jaki stać zawodowy boks. Oczekujemy go tym bardziej, że jego prawdopodobieństwo (ze względu na to, że Floyd jest de facto zawodnikiem Golden Boy Promotions) jest duże. Nim do tego jednak dojdzie, Canelo i Floyd stoczą po jednej walce w maju       z nieznanymi jeszcze przeciwnikami. Jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, obaj powinni zmierzyć się w weekend meksykańskiego święta niepodległości, czyli w połowie września 2013 roku. Stawka może być naprawdę wysoka: zwycięzca stanie się z miejsca zunifikowanym mistrzem kategorii junior średniej (Canelo jest posiadaczem pasa WBC, Floyd WBA). W kategoriach biznesowych ten pojedynek jest skazany na powtórzenie finansowego sukcesu gali Mayweather vs. Cotto z 5 maja 2012 r. (czyli 1,5 mln sprzedanych PPV).

2. Manny Pacquiao vs. Juan Manuel Marquez V

Kiedy 8 grudnia widziałem, jak Manny Pacquiao pada bez życia na deski, do głowy mi nie przyszło, że ktoś mógłby nawet myśleć o kolejnym starciu. Tymczasem nie minęło kilka dni i Pacquiao vs. Marquez V stał się jednym z najbardziej oczekiwanych pojedynków 2013 roku. O tym, dlaczego ta walka jest potrzebna zarówno Filipińczykowi, jak i Meksykaninowi, pisaliśmy tutaj. Pojawiają się co prawda informacje, że Marquez nosi się z zamiarem zakończenia kariery, ale nie z nami te numery. Jeszcze nie widziałem, żeby jakikolwiek pięściarz zrezygnował z wypłaty rzędu 15 milionów dolarów.

Kadry z Pacquiao - Marquez III, fot. flickr.com by Nobong/CC

Kadry z Pacquiao – Marquez III, fot. flickr.com by Nobong/CC

Starcia pięściarzy o tak dramatycznej wspólnej historii to właściwie samograj i jego finansowy sukces wydaje się przesądzony. Bo w końcu kto nie chce poznać odpowiedzi na pytania: czy Pacquiao rzeczywiście jest skończony, czy Marquez potwierdzi, że jest lepszy, a może w poprzednim pojedynku miał tylko szczęście? Podsumowując: Pacquiao vs. Marquez V to absolutny hit bokserskiej jesieni 2013.

3. Wtalij Kliczko vs. David Haye

Witalij Kliczko Fot. flickr.com: Vuxicon/CC

Witalij Kliczko Fot. flickr.com: Vuxicon/CC

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że umieszczanie wśród najbardziej oczekiwanych walk 2013 roku starcia z udziałem wygadanego Brytyjczyka, który skompromitował się w starciu z Władimirem,           a potem nadąsany ogłosił swoją emeryturę, jest po prostu niepoważne. Ale przeanalizujmy sytuację na spokojnie. Witalij Kliczko jest jedną nogą na emeryturze, pozostała mu ta jedna, ostatnia walka. Człowiek, który w 2003 roku zdetronizował Lennoxa Lewisa, musi pożegnać się z ringiem w wyjątkowy sposób. A jedynym przeciwnikiem, który jest w stanie zbudować historię tego pojedynku, jest Haye. Po pierwsze: Witalij wciąż ma ochotę odpłacić mu za prowokacje sprzed walki z Władimirem, a szczególnie za słynną koszulkę z pourywanymi głowami braci. Po drugie: latem tego roku Haye znokautował Dereka Chisorę, z którym Witalij męczył się 12 rund. Trudno wyobrazić sobie lepszy moment na zakończenie kariery niż konferencja prasowa po znokautowaniu Anglika.

4. Sergio Martinez vs. Julio Cesar Chavez II

To pojedynek, wobec którego mamy najwięcej wątpliwości. Mówiąc wprost: Chavez Jr. na niego nie zasłużył. Nie dość, że walczył słabo, to na dodatek był spalony! Problem polega na tym, że na horyzoncie nie widać dobrego przeciwnika dla Sergio Martineza. Każdy kibic boksu na pewno chętnie obejrzałby starcie Martinez vs. Alvarez albo Martinez vs. Mayweather Jr., ale szanse na zmaterializowanie się tych pojedynków są w 2013 roku bliskie zeru. Biorąc pod uwagę, że ktoś będzie w stanie zmusić Chaveza do treningów i ciężkiej pracy, to stoczy on późną wiosną pojedynek rozgrzewkowy. Jeśli znów się nie skompromituje, to można poważnie myśleć o rewanżu. Choć ze sportowego punktu widzenia nie ma to większego sensu, to biznesowo ta walka musi się sprzedać. A jeśli są w tym pieniądze, to jest w tym sens …

5. Nonito Donaire vs. Abner Mares

W kategorii do 122 funtów, ten pojedynek to absolutny hit. Na szali byłyby pasy: WBC i WBO. Zarówno Donaire, jak i Mares są u szczytu możliwości i w ciągu ostatnich dwóch lat pokonali dosłownie wszystkich czołowych zawodników w swojej wadze. Publika za Oceanem chce tej walki, tym bardziej, że byłby to kolejny rozdział w trwającej wojnie meksykańsko – filipińskiej. Jest jednak duże „ale”. Donaire to zawodnik Top Rank, Mares należy do Golden Boy Promotions. W epoce zimnej wojny między tymi promotorami, szanse na zorganizowanie wspólnego pojedynku maleją do zera. Donaire straci w tej sytuacji najmniej, on może zawsze zmierzyć się z Guillermo Rigondeaux (też Top Rank). Szkoda tylko, że przez głupotę Aruma i de la Hoi, kibice boksu nie obejrzą świetnego pojedynku.

P.S. Niedługo P.M. przedstawi bokserskie „kino niszowe”, czyli listę pojedynków, na które zacierają ręce tylko najbardziej wybredni kibice pięściarstwa.

TT

Dokąd to wszystko zmierza

„Nikt mi nie powie, że dobieram sobie słabych rywali. Nie ja ich wybieram, ja tylko akceptuję propozycję mojego obozu” – tłumaczył się Tomasz Adamek przed walką z Travisem Walkerem, której zapowiedź wielu uznało za ponury żart. Dokąd to wszystko zmierza, skoro zamiast lepiej jest teraz tylko gorzej?

Chyba nawet na tej samej konferencji prasowej któryś z dziennikarzy zapytał Adamka o przenosiny Steve’a Cunninghama do wagi ciężkiej. „Góral” szczerze odpowiedział, że rozumie tę decyzję; to proste, w wadzie cruiser nie ma pieniędzy i rywali, a rodzinę z czegoś utrzymać trzeba. Na kolejne pytanie – czy chciałby pojedynku z rywalem, którego po niejednogłośnej decyzji sędziów pozbawił tytułu IBF – również odpowiedział dokładnie tak, jak myślał. Negatywna odpowiedź wydawała się w tym momencie racjonalna; przecież „USS” niczym sobie na walkę rewanżową z Adamkiem nie zasłużył. Stoczył w ciężkiej jeden, nudny pojedynek, gdzie mu do gościa, który w ciężkiej podchodzi pod dyszkę i bił się w niej nie tylko z mistrzem świata, ale choćby też z pretendentem do tego tytułu. Gdzie Rzym, gdzie Krym. Adamek w tym momencie nie podejrzewał jednak, że z pojedynku z nim – określanego od początku jako wielkie starcie w wielkiej telewizji – wycofa się Odlanier Solis. Opcja awaryjna w postaci Cunninghama była łatwa do przyjęcia dla promotorów Adamka. Cunningham to ich zawodnik, który o niczym innym niż rewanż nie marzy. A kibice? Co za różnica, pikniki to kupią, sprzeda się to jako wielki rewanż, anfiniszd biznes pomiędzy większymi, silniejszymi, jeszcze twardszymi.

To ten moment, kiedy świadomy kibic zaczyna cierpieć.

fot. Adamek Team

fot. Adamek Team

Dlaczego? Bo zdaje sobie sprawę z tego, że to wszystko gry i zabawy, psoty promotorów i ich kasa, które decydują o wszystkim. W momencie, w którym dowiaduje się ten kibic jeszcze, że zwycięzca tego pojedynku wskoczy na miejsce drugie w rankingu IBF i będzie miał szansę zawalczyć o miano oficjalnego pretendenta do pasa Władimira Kliczki, jego wiara w sportowy aspekt boksu musi mocno zostać zachwiana. Jak to jest, że pojawia się gość znikąd, który nagle staje się gościem skądś, hm?

Tym gościem okazję ma być tym razem Steve Cunningham. Dlaczego on? Bo Cathy Duva nie lubi przepłacać. To najprostsze i najtańsze wyjście z niewygodnej sytuacji po fiasku negocjacji z Odlanierem Solisem. W przeciwieństwie do Kubańczyka Amerykanin nie jest drogi; nie ma też nic prostszego niż zorganizowanie pojedynku między pięściarzami z tej samej „stajni”.

Trochę szkoda. Tym bardziej, że od czasu porażki z Witalijem Kliczką Adamek walczy z rywalami słabymi lub bardzo słabymi. Nazwiska mówią same za siebie: Nagy Aguillera, Eddie Chambers i Travis Walker. Jedynym promykiem nadziei był właśnie Solis, ale, jak już powiedziano, chciał za dużo kasy. Klasa dotychczasowych rywali Adamka pozostawia wiele do życzenia. Dla Chambersa była to pierwsza walka od czternastu miesięcy. Aguillera, solidny contender, w swojej karierze przegrał z Arreolą, Tarverem oraz Samuelem Peterem. Ani Aguillera, ani Walker, ani tym bardziej Cunningham nie otarli się nawet o pierwszą „dziesiątkę” rankingu wagi ciężkiej. Może się więc wydawać i nie jest to raczej wrażenie mylne, że od września ubiegłego roku kariera Adamka po prostu dryfuje, płynie tam, gdzie ją prąd poniesie. „Góral” w każdym wywiadzie podkreśla, że jego celem jest kolejna walka o pas mistrza świata, ale jego promotorzy robią raczej wszystko, żeby wycisnąć z Adamka tyle zielonych, ile mogą. Ziggy Rozalski i Kathy Duva troszczą się wyłącznie o komplet widzów w hali i przed telewizorami. W końcu Adamek ma rzeszę fanów (i hejterów) tak wiernych, że bilety sprzedałby nawet jego pojedynek na zasadach wrestlingu. Po co więc zmieniać coś, co działa dobrze? Podpiszmy kontrakt z kimś, kto mało weźmie kapusty, a będzie więcej na sałatkę dla nas. W końcu kasa musi się zgadzać.

 

O sportowym aspekcie nie ma w tym wypadku chyba co mówić. Jeśli Cunningham w ciężkiej okaże się dla Adamka wyzwaniem, to… Chciałbym jeszcze tylko podkreślić, że uważam Tomasza za świetnego pięściarza, bardzo niedocenianego w wadze ciężkiej. Myślę, że poza Kliczkami mógłby poradzić sobie z każdym gościem ważącym ponad 90 kilogramów. To dlatego tak wkurza nas fakt, że kolejny raz będziemy oglądać walkę Adamka, a nie walkę Adamka z Kimś. No bo to robi różnicę, prawda?

PM i TT

PS. Mieliśmy pisać ten tekst na zasadach lewy-na-lewy; jeden bije, drugi kontruje. Za bardzo jednak zgadzamy się tym razem, by pozwolić sobie na inny punkt widzenia.

Waga ciężka żyje i ma się dobrze!

Od lat wszyscy powtarzają, że waga ciężka „jest nudna” i „nie ma kogo oglądać”. Taka opinia jest w dobrym tonie, szczególnie w USA. Ktoś kto ją wypowiada zostaje od razu przyjęty do grona znawców dyscypliny. Widocznie się nie znam, ale jestem innego zdania.

21 czerwca 2003 roku. Wtedy zdaniem większości kibiców skończyła się waga ciężka. Tego wieczora w Los Angeles zmierzyli się niekwestionowany mistrz świata wagi ciężkiej Lennox Lewis i Witalij Kliczko. Minęło więc ponad 9 lat od momentu kiedy rywalizacja      w królewskiej kategorii przestała przykuwać uwagę świata.

Chris Arreola boleśnie przekonał się kto rządzi w ciężkiej – fot. flckr.com:The Daily SportsHerald/CC

Amerykanie, przyzwyczajeni do faktu, że sukces w boksie wiąże się z występami na terenie USA oraz uznaniem ze strony amerykańskich ekspertów i publiczności, doszli do wniosku, że waga ciężka przestała istnieć. Bracia Kliczko uznawani są za zło konieczne: nie dość, że nie walczą w Stanach, to jeszcze nie dają zarabiać amerykańskim promotorom   i telewizjom!

Wszyscy czekają więc aż coś się wydarzy. Kliczkowie się zestarzeją             i odejdą, a mistrzowskie pasy wrócą do Ameryki. Błąd! Świat się zmienił i nic nie będzie takie samo. Wszystkim, którzy tęsknią za „wielkimi latami wagi ciężkiej” oznajmiam, że lata 90. dawno                   i bezpowrotnie minęły. Trylogia Holyfielld vs. Bowe się nie powtórzy, Mike Tyson nie odgryzie nikomu ucha, a Andrzej Gołota (niestety) jeszcze raz nie spierze Riddicka Bowe.

Prawdziwi kibice boksu nie powinni jednak narzekać. Królewską kategorię czekają tłuste lata; może nie z punktu widzenia rynku amerykańskiego, ale Euro już dawno stoi lepiej niż dolar. W ciągu następnego roku o swoją szansę na walkę o tytuły mistrzowskie na pewno upomną się Brytyjczycy: Tyson Fury i David Price.  Fury 1 grudnia miał zmierzyć się w oficjalnym eliminatorze WBO z Denisem Bojcowem. Price niedawno znokautował Audleya Harrisona. Ostatniego słowa nie powiedział również Derek Chisora.

Coraz większe znaczenie mają bokserzy ze wschodniej Europy. Rosjanie: Aleksandr Powietkin (WBA wyznaczyła oficjalny termin, w którym musi dojść do jego walki                z Władimirem Kliczką) i Dennis Bojcow. Bułgar Kubrat Pulew (zajmuje 4. miejsce        w rankingu boxrec) pokonał ostatnio Aleksandra Ustinowa.

Amerykanie, choć na horyzoncie nie widać kogoś kto mógłby zdominować najcięższą kategorię, mają paru obiecujących pięściarzy: Chris Arreola, jeśli zwycięży w następnym pojedynku, zyska status oficjalnego pretendenta do tytułu WBC. Seth Mitchell regularnie występuje na antenie HBO i też jest blisko walki o pas Witalija Kliczki. Na dalekim zapleczu czai się zaś Deontey Wilder, który sparował ostatnio z Władimirem Kliczką.

Żaden z wymienionych pięściarzy (za wyjątkiem Powietkina) nie przekroczył jeszcze trzydziestki. Mamy więc stado młodych wilków i każdy z nich będzie musiał prędzej czy później zmierzyć się z kimś o nazwisku Kliczko. Zanim jednak to nastąpi muszą walczyć między sobą.

Waga ciężka nie umarła w 2003 roku. Żyje i ma się dobrze. Jest po prostu inna. Nie ma w niej heroicznych bojów i pamiętnych trylogii, tylko solidni młodzi bokserzy i dwóch dominujących mistrzów. Amerykanie powinni oswoić się z tą sytuacją, bo na zmiany się nie zapowiada.

TT

Witalij Kliczko bokser, nie polityk

Nie będę się cieszył, kiedy zostanie posłem albo wejdzie do rządu. W ogóle nie będę się cieszył z jego sukcesów politycznych. Nie teraz. Vitali Kliczko powinien dalej boksować. Dla własnego dobra.

Według najnowszych sondaży partia Witalija Kliczki UDAR jest trzecią siłą w nowym ukraińskim parlamencie. Polityczna wartość czempiona WBC rośnie teraz z dnia na dzień, a poparcie jego ugrupowania może zadecydować o tym kto stanie na czele nowego rządu.

Witalij Kliczko Fot. flickr.com: Vuxicon/CC

Nie wiem czy Witalij Kliczko wejdzie do rządu. Może zostanie ministrem? Wiem natomiast, że lepiej byłoby gdyby nadal boksował. Boję się, że w parlamencie mistrz skarleje. Wciągną go w polityczne gierki i brudne sojusze. Trudno znaleźć dziedzinę tak biegunowo różniącą się od boksu jak polityka. Tam nie czekają go chwalebne zwycięstwa i wielkie nokauty, tylko przepychanki na mównicy (choć nie wiem kto odważy się rzucić mu wyzwanie) i ciosy poniżej pasa. Wśród karłów nawet olbrzym wydaje się być mniejszy.

Witalij Kliczko nie zawiesi jednak rękawic na kołku tak szybko jak mogłoby się wydawać. Parę tygodni przed wyborami media obiegła wiadomość, że kończy karierę sportową. Dzień później „dr Stalowa Pięść” tłumaczył, że został źle zrozumiany i nie kończy             z boksem. Znając już wyniki wyborów powiedział: „Nie jestem w tej chwili gotowy na ogłoszenie emerytury. Przede mną jedna, może dwie walki. Po tym odejdę i zostanę politykiem”. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że ukraińscy bracia podpisali kontrakt z telewizją RTL na 5 kolejnych walk. To pozostawia nadzieję, że ukraiński czempion zmierzy się jeszcze z Davidem Hayem (Haye twierdzi, że umowa na walkę jest podpisana a starcie odbędzie się w 2013 roku). Wbrew pozorom w wadze ciężkiej jest z kim walczyć, są m.in. brytyjscy giganci Fury i Price.

Tak czy inaczej, Kliczko – polityk czai się tuż za rogiem. Wiadomo, że nie zadowoli się rolą zwykłego posła, ma rozpoznawalną twarz i nazwisko znane na całym świecie. Jego ambicje sięgają fotela prezydenckiego. Musimy zadać sobie więc pytanie: co dalej           z wagą ciężką? Witalij, detronizując w 2003 roku Lennoxa Lewisa, był i pozostaje numerem jeden w wadze ciężkiej. Dotąd nikt go nie zastopował, ani razu nie wiedziałem żeby był choć bliski porażki. Kto będzie rozstawiał po kątach kolejnych contenderów? Tę rolę z pewnością weźmie na siebie Władimir. Ale on nie ma wokół siebie tej groźnej aury, nie patrzy na przeciwników jakby chciał ich złamać w pół.

Będzie nam brakować Witalija Kliczki.

TT

Stadionowa historia boksu

Raz na jakiś czas starcie dwóch pięściarzy staje się wydarzeniem, które skupia na sobie uwagę świata. Tylko parę pojedynków w dziejach boksu miało w sobie siłę, aby zapełnić stadion i zapisać się w historii.

Gwiazda Dawida na spodenkach

Żaden z nich nie był wówczas mistrzem świata. Mimo to Stadion Jankesów w Nowym Jorku wypełniło 65 tys. ludzi. Tego dnia reprezentowali coś więcej niż samych siebie. Max Baer i Max Schmeling stanęli naprzeciw siebie w upalny wieczór 8 czerwca 1933 roku.


Parę miesięcy wcześniej w Niemczech do władzy doszła odwołująca się do antysemickich haseł partia nazistowska. Na czarnych spodenkach Baera widniała sześcioramienna gwiazda Dawida – bokser był z pochodzenia Żydem. Schmeling był zaś postrzegany jako produkt nazistowskiej propagandy i narzędzie w rękach Hitlera. Prasa okrzyknęła walkę jako starcie dobra ze złem. Baer powiedział dziennikarzom, że uderzy tak mocno, że “wszystkich Niemców rozboli głowa, włącznie z Hitlerem”. Tamtego wieczora Schmeling nie mógł mu sprostać. Sędzia przerwał więc walkę w 10. rundzie. Kibice oszaleli z radości.

Ameryka wstrzymuje oddech

Trzy lata później Stadion Jankesów był również miejscem starcia Joe Louisa i Maxa Schmelinga. Pierwsza walka rozegrała się 19 czerwca 1936 r. Dla świata było to konfrontacja amerykańskiej wolności i hitlerowskiego totalitaryzmu. Choć faworytem wielotysięcznej publiczności był 22-letni Louis, to okazał się on jednak nieprzygotowany na starcie z doświadczonym Niemcem (był mistrzem Europy i świata). Faworyt „wolnego świata” został znokautowany w 12. rundzie. Stadion w sercu Bronxu zamarł. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi opuściło go w ciszy. Schmeling powiedział, że wygrał, czując poparcie “całego narodu niemieckiego i jego Führera”. Oddajmy mu jednak sprawiedliwość: nigdy nie był członkiem NSDAP, nie popierał nienawiści do Żydów, a jego menedżer był żydowskiego pochodzenia. Louis – Schmeling II miał miejsce dwa lata później. Sceneria była taka sama a napięcie przed walką jeszcze większe.


22 czerwca 1938 roku na stadionie Jankesów zgromadziło się ponad 70 tys. kibiców. Setki tysięcy ludzi zsiadło przed odbiornikami radiowymi. Dwie minuty i cztery sekundy pierwszej rundy wystarczyły Louisowi, aby znokautować swego arcyrywala.

Zapach krwi w Kinszasie

Dwie z trzech walk, które Muhammad Ali stoczył na stadionach były szczególnie dramatyczne. W 1963 roku stanął naprzeciw Henry’ego Coopera, a pojedynek na Wembley Stadium obserwowało 35 tys. fanów. W czwartej rundzie doświadczony Cooper trafił młodziana lewym sierpem i posadził go na deski. Ten lewy sierp pamiętają do dziś najstarsi Anglicy. Ostatecznie jednak Cooper przegrał przez TKO. Drugim „stadionowym” pojedynkiem Alego była walka z Georgem Foremanem w Zairze. Miejscem starcia była Kinszasa i jej stadion narodowy, nad którym górowało zdjęcie prezydenta Mobutu, tyrana, który nie widział różnicy między budżetem państwa a własnym portfelem. Wcześniej arena wykorzystywana była jako więzienie (na murawie wykonywano nawet wyroki śmierci). W powietrzu wciąż unosił się zapach krwi. 30 października 1974 roku 60 tys. Zairczyków przyszło dopingować Alego. Choć Foreman był młodszy i silniejszy, Ali zdominował pojedynek. Było to być może najlepsze osiem rund w jego karierze. W ósmym starciu szybka kombinacja lewy – prawy zakończyła walkę.


Największa walka w historii Meksyku

Największą publikę na stadionie w historii boksu zgromadził jednak walczący w kategorii lekkiej Meksykanin Julio Cesar Chavez. Jego znakiem rozpoznawczym był lewy “na wątrobę”. Chavez inkasował trzy ciosy, aby wyprowadzić jeden. Systematycznie obijał przeciwnika przez parę rund tak, aż tamten nie miał ochoty wychodzić do następnego starcia. W 1993 roku Chavez miał na koncie 82 walki. Wszystkie zakończył zwycięsko. Jego przeciwnikiem był Amerykanin Greg Haugen. Miejscem starcia był legendarny Stadion Azteca w Meksyku. Haugen ściągnął na siebie nienawiść widzów, kiedy powiedział, że w całym kraju nie ma tylu Meksykanów, których stać na kupienie biletu. 20 lutego 1993 roku oglądać swojego idola przyszło 136 tysięcy ludzi! Ścisk był tak wielki, że pięściarze musieli długo przeciskać się przez tłum zanim weszli do ringu.


Mali ludzie ratują boks

Boks zawodowy zniknął z otwartych stadionów na kilkanaście lat. Z powrotem wprowadzili go tam bracia Kliczko oraz człowiek, który zaczynał karierę w kategorii muszej, czyli Manny Pacquiao. Jeszcze dziesięć lat temu myśl, że bokser z niższej kategorii wagowej może nie tylko walczyć w „main event”, ale również zapełnić cały stadion wywoływała pusty śmiech. Boks zawodowy przeszedł jednak transformację, waga ciężka przestała być „królewską kategorią”, a uwaga kibiców skupiła się na zawodnikach ważących połowę tego co Lennox Lewis. W 2010 roku popularność Pacquiao stała się tak wielka, że największa nawet hala była dla niego zbyt mała. Stąd pomysł, by walczył na nowym stadionie Cowboys Stadium w Dallas. Filipiński senator walczył tam dwukrotnie (z Joshua Clotteyem i Antonio Margarito). publiczność na każdym z pojedynków przekraczała 40 tysięcy ludzi.

Postscriptum

W tej historii godny uwagi jest również polski wątek. Kiedy 10 września 2011 roku Vitalij Kliczko i Tomasz Adamek stanęli w ringu na wrocławskim Stadionie Miejskim, tworzyła się historia. Po pierwsze: był to pierwszy w dziejach pojedynek o mistrzostwo świata kategorii ciężkiej, który odbył się w Polsce. Po drugie: była to pierwsza walka o mistrzostwo świata, którą zawodnicy stoczyli na polskim stadionie. Trzeciego historycznego punktu niestety znaleźć nie można. Tomasz Adamek nie został pierwszym polskim zawodowym mistrzem świata królewskiej kategorii.

TT
(tekst w zmienionej formie ukazał się na łamach „Gazety Wrocławskiej”)