Szybki lewy: punkt dla Szpilki

fot. flickr.com CC by Dusty J

fot. flickr.com CC by Dusty J

Pierwsze starcie przed walką Tomasza Adamka z Arturem Szpilką za nami. Panowie spojrzeli sobie w oczy, dziennikarze zapytali o pieniądze, a kwestia testów antydopingowych przeszłaby pewnie bez echa. Gdyby nie podniósł jej sam Szpilka.

Było spokojnie i kulturalnie, ale w pojedynku na słowa najskuteczniejszą akcją popisał się Artur Szpilka, który niespodziewanie trafił bardziej doświadczonego Adamka krótkim lewym sierpem z doskoku.

Szanowałbym go gdyby zgodził się na antydopingowe testy olimpijskie. (…) Dalibyśmy przykład młodym chłopakom. O nic go nie oskarżam, ale dlaczego nie chce się na to zgodzić? Powinno się z tym walczyć. W końcu każdy z nas ryzykuje swoim zdrowiem. Szkoda. Była okazja, żeby dać przykład w Polsce – powiedział Szpilka.

Punkt dla Artura. Nie dość, że podniósł ważną kwestię (kto by pomyślał), to wykorzystał lukę w gardzie rywala i strzelił go prosto w zęby.  

Niestety olimpijskich testów antydopingowych rzeczywiście nie będzie. Nie zgodził się na nie obóz Adamka. Nie wiadomo, czy jakiekolwiek testy w ogóle będą. Sam „Góral” mógłby zabrać głos, odnieść się do słów młodszego kolegi i wyjaśnić dlaczego zapisu o badaniach nie ma w kontrakcie. Woli milczeć. Także media relacjonujące Adamek vs. Szpilka zupełnie pomijają tą kwestię. Łatwiej oczywiście zająć się wyliczaniem ile kto zarobi.

Nie zarzucamy Adamkowi, że stosował, lub stosuje doping (zrobił to Szpilka) – za rękę nikt go nie złapał, konto ma czyste. Ale wiarygodność boksu z Polsce bezwzględnie wymagała, żeby najbardziej oczekiwana i lukratywna walka a.d.2014 spełniała najwyższe standardy. Pięściarz formatu Adamka mógłby docenić wagę tego problemu, dać przykład, a nie udawać, że temat nie istnieje.

Doping w boksie to kwestia życia i śmierci tej dyscypliny. Boks stał się niszowy i traci na popularności, bo kibice przestali wierzyć w ideę uczciwej walki na równych warunkach. Na koniec warto zadać sobie pytanie, czy wiedząc na pewno, że walka jest uczciwa, pojedynek Adamka ze Szpilką zyskałby, czy stracił?

TT

Reklamy

Diablo Wielka Smuta

27 września Polacy znów zapukają do bram Kremla. Zanim Diablo Włodarczyk weźmie na ząb Grigorija Drozda, a Paweł Kołodziej skrzyżuje rękawice z Denisem Lebiediewem warto jednak pomyśleć, czy kolejny marsz na Moskwę nie jest dowodem poważnej choroby?

fot. flickr.com CC by yukon white light

fot. flickr.com CC by yukon white light

Politycznie stolica Rosji nie ma ostatnio najlepszej passy, ale boksersko kojarzy się nam świetnie. Latem 2013r. Krzysztof Włodarczyk, wpadł do Moskwy jak po swoje, pohulał z miejscowym faworytem, wziął okup i w glorii sukcesu wrócił do kraju. Triumf nad Czakijewem był jak zawojowanie Kremla przez Rzeczpospolitą cztery wieki temu, zwycięstwo co prawda piękne, ale korzyści żadnych nie przynoszące.

„Kreml wzięty! A co dalej, zobaczymy!”.

Sukces zadziałał jak opium i wprawił mistrza i jego obóz w trwający do dziś letarg. Znikąd szukać było rywala, miejsca, ani tym bardziej kogoś, kto chciałby za to zapłacić. Kiedy łupy z poprzedniej dymitriady się skończyły wschodnie złoto kusiło coraz bardziej. Skarby naftowych oligarchów były na wyciągnięcie ręki. Nie pozostało nic tylko siodłać konie i jeszcze raz ruszyć na Wschód.

„Na Moskwę – po pieniądze i sławę!”

Co może być nie tak skoro klasa przeciwnika nie budzi zastrzeżeń, pieniądze „się zgadzają”, a gala zapowiada się jako duże wydarzenie? Nie ma przecież nic złego w szukaniu walk za naszą wschodnią granicą. ALE… Ale kiedy uświadomimy sobie, że 15 miesięcy po najlepszej walce w karierze, Diablo wciąż pozostawał bez zajęcia, problem zaczyna być widoczny. Gdyby nie oferta moskiewskich bojarów to mówiąc wprost Krzysztof Włodarczyk byłby bezrobotnym mistrzem. Promotor wygarnął mu szczerze:

„bierz co jest, innych propozycji nie ma”

Położenie naszego jedynego mistrza świata wydaje się nie do pozazdroszczenia. Włodarczyk bardziej niż króla swojej dywizji przypomina błędnego rycerza krążącego po antypodach światowego boksu. Bardziej niż klejnotem w koronie wydaje się dla swojego promotora młyńskim kamieniem u szyi. Jest mistrzem bez królestwa, gotowym zgodzić się na najbardziej ekscentryczne awantury, nie wyłączając niedoszłej walki za pieniądze dyktatora Gwinei Równikowej, przy którym nawet Władimir Putin wydaje się wolontariuszem korpusu pokoju.


Wiadomo: boks zawodowy to biznes. Opiekunowie Włodarczyka nie mają dużego pola manewru, kategoria cruiser jest słaba, a odpowiednie pieniądze zaproponowali jedynie w Moskwie. Problem Diablo jest jednak szerszy. Nie chodzi o jego klasę sportową, ale niska rozpoznawalność (i atrakcyjność) w kraju i za granicą. Najlepsi zawodnicy w tej wadze są niedaleko, tuż za Odrą. Ale promotorzy Hucka, czy Hernandeza walki z Diablo nie chcą. Z kolei w Polsce brak przeciwników, którzy byliby w stanie wygenerować odpowiednie pieniądze (ostania walka „Diablo” w Polsce zrobiła finansową klapę). Błędne koło.

Jedynym logicznym wyjściem z impasu wydaje się zmiana kategorii wagowej. Czas na skok do wagi ciężkiej. Tam są nazwiska. Tam szukać sławy i pieniędzy.

TT

Kronika zapowiedzianej emerytury

andrew01Stało się, Andrzej Gołota wraca! Ale jeśli nie podoba Wam się pomysł „pożegnania Andrzeja z boksem” dwa razy zastanówcie się nim powiecie: „nie interesuje mnie”, albo „nie będę oglądał”.

Miejsce: Częstochowa.

Data: 25 października.

Przeciwnik: Danell Nicholson.

Nie udawajmy, że tej walki nie ma. Zamiast oburzać się powtarzając: „chałtura”, „cyrk”    i „bez sensu”, stawmy temu czoła z otwartą przyłbicą.

Zewsząd słyszymy, że pożegnalny pojedynek Gołoty jest „sportowo bez sensu”. Odpowiadamy: oczywiście, ale tu w ogóle nie chodzi o sport. Walki Andrzeja już dawno przestaliśmy postrzegać jako rywalizację sportową. Czy w walce z Saletą chodziło o to kto jest lepszy? Albo z Adamkiem? Oczywiście nie. Gołota przegrał obie,     a jego pozycja w dziejach polskiego boksu pozostaje niewzruszona.

[O sportowe uzasadnienie wyboru rywali lepiej pytać polskich promotorów, którzy zamiast – jak zapowiadali – „odbudować” Artura Szpilkę po porażce z Jenningsem, pozwalają na walkę, której ten wygrać nie może (więcej o Adamek vs. Szpilka)].

Wracając do Gołoty. Jeśli nie o sport chodzi, to o co? Dlaczego „Pretendent” wraca jak bumerang i dlaczego wciąż nas interesuje jak zakończy się jego historia?

Interesuje nas, bo Andrzej Gołota to – najkrócej rzecz ujmując – synonim boksu zawodowego w Polsce. Od niego wszystko się zaczęło. Kulej, Pietrzykowski, Grudzień nie mogli sprawdzić się z najlepszymi. Nie ich wina, że parę pokoleń najzdolniejszych polskich pięściarzy zamknięto za żelazną kurtyną. Wielkie gale w Las Vegas, albo Nowym Jorku, pojedynki o miliony –  wszystko to było odległe i niedostępne jak „Dynastia”, albo „Pogoda dla bogaczy”. Do momentu aż w lipcu 1996r. nieznany nikomu Polak poturbował najlepszego wtedy pięściarza wagi ciężkiej.      A w rewanżu zupełnie wybił mu boks z głowy. Jednej nocy Andrzej stłukł szybę dzielącą nas od tego wymarzonego świata – oto jego dorobek.

A później przegrywał. Przewracał się i wstawał. Wciągnął nas ten serial o „polskim mistrzu świata wagi ciężkiej. Jak pasażerowie kolejki górskiej w wesołym miasteczku, po szalonej jeździe i na chwiejnych nogach wysiadaliśmy z silnym postanowieniem, że „nigdy więcej”, ale później, kiedy niesmak minął, znów ciągnęło nas do tego coraz bardziej rozklekotanego wagonika.

25 października nie zapisze się w annałach polskiego sportu, bo Gołota to zjawisko, które nie pasuje do czarno – białych kategorii „wygrał – przegrał. Wszystko wskazuje na to, że zbliżamy się do ostatniej stacji. I choć trudno to zrozumieć, wiemy, że musimy być świadkami końca tej historii.

P.s. miejmy jednak nadzieję, że Andrzej nie poczuje się w ringu zbyt dobrze, bo tydzień po walce usłyszymy od niego: „Lewa ręka działa. Chyba nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa”.

TT

 

Ucieczka po American Dream

awalin 01Pożegnaj się z dziećmi, zostaw wszystko i uciekaj zdrajco. Przyznaj, że robisz to tylko dla pieniędzy. Tutaj byłeś kimś, walczyłeś za ojczyznę i rewolucję. Zapomniałeś, że pieniądze nie zastąpią Ci honoru? Tam będziesz nikim. Zmielą Cię jak w młynku do kawy. Pożałujesz, że nie poszedłeś na dno Zatoki Meksykańskiej.

Pośrodku wielkiej wody płynie w łódce, z dwudziestoma nieznajomymi. Teraz jest własnością przemytników; nie człowiekiem, ale towarem; niezrealizowanym czekiem na 15 tys. dolarów. Wspomnienie o osiemnastogodzinnej podróży z Kuby do Meksyku pośród ciemności i nawału wody pozostanie z nim już na zawsze: „Nie wiesz co się z tobą stanie. Umrzesz, czy przeżyjesz?”.

***
Kubański uciekinier rozpoczynając przygodę z zawodowym boksem gra w rosyjską ruletkę. Nie ma drogi powrotnej – w domu jest przecież zdrajcą. Po tym jak opuści łódź przemytników czeka na niego obcy świat. Świat kierujący się zasadami, których nie zna; biznes pełen nieuczciwych promotorów i obietnic bez pokrycia. W tym wymiarze amerykańska „ziemia obiecana” ma w sobie więcej bezwzględności niż XIX-wieczna Łódź z filmu Andrzeja Wajdy.
Uciekając ryzykuje wszystkim. W tym nowym świecie jeden cios może rozwiać marzenia o sławie i posłać go do pracy w McDonaldzie.  Ryzyko, że się nie uda jest tak wielkie, że choć mógł zabrać żonę i dzieci ze sobą, zdecydował się zostawić ich na Kubie.

***

awalin 02Dzieciństwo bez ojca, wiązanie końca z końcem, trefne dzielnice                      i szczenięce bójki na ulicach podupadłego Guantanamo na Kubie to świat Erislandy Lary. W wolnych chwilach opiekuje się gołębnikiem na dachu domu. Godzinami patrzy na szybujące ptaki. Prawdziwą pasją był jednak boks. Lara – jak wielu swoich rówieśników – podglądał jak Teofilo Stevenson, Mario Kindelan zdobywali medale i chciał być jak oni.
System szkolący chłopców na przyszłych mistrzów to pobudki o świcie, kubek mleka i jajko na śniadanie, wojskowe prycze, przepustka do domu raz na miesiąc, dwa treningi dziennie przez sześć dni w tygodniu. Żołnierski dryl kubańskiej agoge formuje charaktery    i uczy, że zwycięstwo to obowiązek wobec ojczyzny. Erislandy Lara przeszedł cała tę drogę od juniora do kapitana reprezentacji Kuby na Mistrzostwach Świata w 2005r.

***

Dwa lata później podczas Mistrzostw Panamerykańskich w Brazylii próbuje uciec. Jest z nim Guillermo Rigondeaux. Wspólnie spędzili trzy tygodnie szukając sposobu na opuszczenie kraju. W końcu odnalazła ich policja. Po deportacji na Kubę był zakładnikiem. Tydzień przesiedział w jednym z domów Fidela. To był koniec kariery, koniec reprezentacji, koniec boksu, ale przede wszystkim koniec pieniędzy. Kiedy zabrakło na jedzenie trzeba było sprzedać medale. Pozostała determinacja, żeby uciec. Tym razem łodzią. Nie mogą mnie złapać. Nie tym razem. W końcu się udało.

***

devosKubański bokser na amerykańskiej ziemi nie ma zamożnych przyjaciół. Nie stoją za nim pieniądze. W dodatku poprzedza go opinia zachowawczego kunktatora. Takiego, który zamiast wdawać się w bójki i zaryzykować nokaut, oddaje werdykt w ręce sędziów. A tutaj boks to biznes i rozrywka. Promotorzy i telewizje nie ustawiają się do takich    w kolejce. Może po prostu nie zdają sobie sprawy z wysokości stawki. Nie wiedzą, że przegrana to dla kubańskiego emigranta kres marzeń o nowym życiu. Nie pojmują, że przegrać znaczy zaprzepaścić przyszłość rodziny.

***

W sobotę Lara zmierzy się z Canelo Alvarezem. Podróż kubańskiego zbiega od przemytniczej łajby do pojedynku za milion dolarów trwała ponad 6 lat. Na Kubie wciąż mieszka jego żona z dwójką dzieci. Zapytany czy żałuje decyzji o ucieczce zdecydowanie zaprzecza: „Na Kubie byłam jak w klatce. Nic bym nie osiągnął. Tutaj mogę wszystko. Mam swój własny Amercian Dream”.

Obecnie Erislandy Lara mieszka i trenuje w Houston. Wciąż – jak kiedyś                        w Guantanamo – hoduje gołębie. Wypuszcza z klatek i patrzy jak jak wzbijają się           w bezkres nieba. Wolne.

TT

Z motyką na Szpilkę

szpilka

fot. flickr.com / paojus / CC

Artur Szpilka nie jest dobrym bokserem? Zgoda. Nigdy nie zostanie mistrzem świata? Potwierdzam! Nie oznacza to jednak, że 25 stycznia Bryant Jennings pozamiata nim ring.

Na początek ustalmy co najważniejsze.

Po pierwsze: nie jesteśmy entuzjastami talentu Artura Szpilki, wielokrotnie (choćby tutaj) pisaliśmy co uważamy o jego sportowych osiągnięciach.

Po drugie: faworytem tego pojedynku, który 25 stycznia odbędzie się w Madison Square Garden jest Bryant Jennings i wedle wszystkich praw rządzących boksem nie powinien mieć problemu z wyboksowaniem Polaka na dystansie 10 rund.

Teraz pora na „ale”. Boks nie daje się jednak wtłoczyć w ciasne ramy arytmetyki. 2+2 nie zawsze daje 4, a większy i bardziej doświadczony nie zawsze wygrywa. Na zwycięstwo często wpływ mają rzeczy, na pierwszy rzut oka niewidoczne. Czy chcę przez to powiedzieć, że Szpilka wygra? Nie. Czy ma jednak szansę dać dobrą walkę, prowadzić z Jenningsem wyrównany pojedynek? Sądzę, że tak.
Szpilka nie jest faworytem.  Ale przekreślanie jego szans to efekt negatywnych emocji jakie zawodnik z Wieliczki budzi wśród wielu kibiców.
„Papiery” na zwycięstwo ma Amerykanin, dla którego będzie to wielki debiut na antenie HBO. Przyjrzymy mu się trochę dokładniej: 17 zawodowych pojedynków, 17 zwycięstw, 9 przez KO. Przyzwoita szybkość i siła, oraz imponujący zasięg ramion. To wszystko jednak trochę mało. Jennings nie jest wirtuozem ringu. Ten dobrze wyszkolony rzemieślnik, który zaledwie 5 lat temu po raz pierwszy zasznurował rękawice, dotąd nie zmierzył się z wiarygodnym oponentem. Tymczasem 25 stycznia czeka go spotkanie      z pewnym siebie, niepokonanym, mańkutem. Polak to niekonwencjonalny pięściarz, który wciąż popełnia szkolne błędy, ale mimo to będzie dla Jenningsa wyzwaniem. Nie oznacza to, że Artur wygra. Nie odmawiajmy mu jednak szansy nawiązania wyrównanego boju z pięściarzem, z którym wiązane są duże nadzieje, ale w ringu nic jeszcze nie osiągnął.

Obaj zawodnicy to produkt oczekiwań kibiców boksu w swoich krajach. Amerykanie od lat tęsknym wzrokiem wyglądają następców Evandera Holyfielda, bo o kolejnym wcieleniu Mike’a Tysona nawet boją się marzyć. Polacy są jeszcze bardziej zdesperowani. Wszystkie niespełnione oczekiwania związane z kolejnymi nieudanymi próbami  Andrzeja Gołoty, złożyli natychmiast na barkach pierwszego pięściarza, który lekkomyślnie powiedział, że będzie kiedyś mistrzem świata. Racjonalne myślenie wyleciało oknem, bo górę wzięły emocje i zawiedziona miłość do „uwolnionego z miasta Włocławka”.

W nocy 25 stycznia z pewnością obnażony zostanie któryś mit. Okaże się, czy Amerykanie będą zmuszeni szukać kolejnego zbawcy wagi ciężkiej. A my dowiemy się, czy Artur Szpilka naprawdę warty jest tak mało, jak chcą tego jego krytycy.

TT

Pięściarz roku 2013

plakat

fot. Floyd Mayweather Jr. flickr.com coco2night/CC

Wybór najlepszego zawodowego boksera  w 2013r. to oczywista oczywistość. Jego przewaga nad innymi jest tak duża, że trzeba się zastanowić, czy może lepiej będzie przyznać mu tytuł „superczempiona” i wybierać „regularnego” pięściarza roku?

Jeśli przyjmiemy, że boks to sztuka zarabiania pieniędzy, a najlepszy jest ten, kto wzbogacił się o najwięcej zer na koncie, to najlepszym pięściarzem tego roku musi być Floyd Mayweather Jr.

Jeśli zostawimy pieniądze na boku i zapytamy kto w ciągu minionych 12 miesięcy miał największy wpływ na boks zawodowy, odpowiedź będzie taka sama. Bez względu na przyjęte kryterium, wynik jest oczywisty. Pięściarz z Grand Rapids w Michigan jeszcze nigdy nie był tak potężny, tak wszechwładny. Czy się komuś podoba, czy nie, boks to Floyd.

I nie ma znaczenia, że jedna z dwóch walk jaką stoczył, przypominała bardziej walkę        z cieniem. „Mismatch” z Robertem Guerrero był dopiero przygrywką. Dopiero wrześniowa potyczka z Saulem Alvarezem wydobyła z Mayweathera całą wielkość. Można było odnieść wrażenie, że z rundy na rundę Floyd rośnie, widzi i umie więcej niż kiedykolwiek. Wyższość jego warsztatu nigdy nie była tak oczywista, szybkość nigdy nie była tak widoczna jak tej nocy. I choć Meksykanin nie ustępował i zostawił w ringu całe serce, to każdy ruch Floyda był wielki.

Co więcej, po wielu trudnych wizerunkowo latach, ten rok przyniósł odmianę w sposobie postrzegania Mayweatera. Niegrzeczny arogant pomału znika. Narodził się pewny siebie, odpowiedzialny i szanowany biznesmen. Floyd pokazuje innym  (zwłaszcza czarnym) bokserom, że mogą być panami własnego losu, że nie muszą oddawać połowy swojej gaży wianuszkowi promotorów i agentów. Od kiedy wymyślono walkę na pięści za pieniądze, zawodnicy byli wykorzystywani, ale dopiero na początku XXI wieku czempion   z Grand Rapids odwrócił ten porządek. Oby biznesowy sukces Floyda stał się znakiem czasów, w których to pięściarz będzie podmiotem, a nie przedmiotem tego biznesu.

Zagrożenia to m.in. brak wiarygodnych oponentów. Amir Khan w  oczach większości kibiców na pojedynek z Floydem po prostu nie zasługuje. Ale on mógłby walczyć nawet    z cieniem, a bilety i tak by się sprzedały.

***

Wybór Mayweathera na pięściarza roku jest więcej niż oczywisty. Ale tacy zawodnicy jak Timothy Bradley, Danny Garcia, Adonis Stevenson, Siergiej Kowaliew, Marcos Maidana, Giennadij Gołowkin również nie marnowali czasu. W zasadzie każdy z nich może być brany pod uwagę w tym zestawieniu:
•    Stevenson i Kowaliew ustanowili swoją pozycję jako dwóch najgroźniejszych panczerów w dywizji półciężkiej.
•    Gołowkin, w ciągu roku stał się gwiazdą HBO i już teraz w gronie jego oponentów wymienia się takie nazwiska jak: Martinez, Ward, Chavez Jr.
•    Bradley i Garcia, udowodnili, że pomiędzy kategorią junior półśrednią i półśrednią są najlepsi (nie licząc Floyda).
•    Maidana za sprawienie „niespodzianki roku” i zakończenie dyskusji pt. „czy Broner będzie następcą Mayweathera?”.

Ponieważ hegemonia Mayweathera jest niepodważalna, to może powinno się mu przyznać tytuł „superczempiona” i wybierać „regularnego” pięściarza roku?

TT

Życie pięściarza jest tanie

FIGOsport.de„Magomed będzie żył”. „Rozpoczynamy rehabilitację”. „Będzie dobrze”. To tylko niektóre opinie na temat stanu Magomeda Abdusalamowa, który podczas listopadowego pojedynku z Mikem Perezem doznał nieodwracalnych uszkodzeń mózgu.

Prawda jest taka, że wcale nie będzie dobrze. Thomas Hauser (autor wydanej właśnie po polsku biografii Muhammada Alego) opisał kilka dni temu stan rosyjskiego pięściarza na łamach boxingscene.com. Magomed przebywa na oddziale rehabilitacji Helen Hayes Hospital w Nowym Jorku. Relacja nie pozostawia wątpliwości: „lewa strona czaszki jest groteskowo zniekształcona. W miejscu gdzie przeprowadzono kraniektomię jest krater wielkości piłki tenisowej”. Podczas kraniektomii część kości czaszki zostaje na trwałe usunięta, aby umożliwić dostęp do mózgowia. Hauser pisze: „Magomed oddycha przez rurkę umieszoną w krtani. Jego oczy nieruchomo wpatrują się w ścianę. Nie wiadomo, co, jeśli w ogóle coś, jest w stanie do niego dotrzeć. Żyje”.

Przed pojedynkiem z 2 listopada, oczekiwania wobec obdarzonego nokautującym ciosem i dążącego do wymian Magomeda były wysokie. Sięgały nawet walki o mistrzostwo świata. Teraz jego życie zawęziło się do szpitalnego łóżka.

Magomeda czeka rehabilitacja. Oddział na którym przebywa zajmuje się skutkami urazów mózgu takimi jak: zaburzenia mowy, ruchu, zaniki pamięci oraz umiejętności poznawcze, czy emocjonalne. Miesiąc leczenia kosztuje rodzinę Abdusalamowa 51 tys. dolarów. W jego przypadku rehabilitacja to bardzo relatywny termin. Nawet długotrwałe leczenie nie gwarantuje, że kiedykolwiek będzie w stanie coś powiedzieć, albo zrobić kilka kroków.
Dla kibiców boksu najważniejsze pytanie powinno brzmieć: kto jest odpowiedzialny za stan, w którym znalazł się Magomed Abdusalamow? Stanowa komisja bokserska? Sędzia? Lekarz ringowy? Trener? A może sam pięściarz?

Najłatwiejsza odpowiedź brzmi „w boksie takie rzeczy się zdarzają, a zawodnicy wiedzą, że wchodząc do ringu narażają się na utratę zdrowia”. Ok, ale zrzucając winę na samą istotę zawodowego boksu, wybielamy wszystkich, których prawnym obowiązkiem jest zmniejszyć ryzyko odniesienia kontuzji.

Komisja stanu Nowy Jork mogła zażądać, aby natychmiast po walce przewieźć Abdusalamova do szpitala. Nie zrobiła tego. W szatni po walce badało go dwóch lekarzy i żaden nie powiedział „proszę natychmiast jechać do szpitala”. Wreszcie kiedy narożnik podjął decyzję, że trzeba jechać do szpitala, żaden lekarz, ani przedstawiciel komisji nie wezwał karetki. Półprzytomny Mago w asyście menadżera, wyszedł po prostu przed halę Madison Square Garden i załapał taksówkę!
Ringowy lekarz przez 10 rund przyglądał się jak lewa strona twarzy Magomeda przybiera groteskowy wyraz i nie zrobił nic. Sędzia powinien być kimś więcej niż tylko widzem. A co do reakcji narożnika, to kiedy trener parokrotnie pyta zawodnika czy wszystko ok, a ten mu nie odpowiada, coś jest nie tak.

Okoliczności w jakich Magomed Abdusalamow doznał obrażeń obciążają konto sankcjonującej pojedynek komisji stanu Nowy Jork, sekundantów, lekarzy i sędziego mającego za zadanie opiekę nad pięściarzami, a także telewizji HBO, która transmitowała galę. Wszyscy z osobna wzięli za ten pojedynek pieniądze, ale największy rachunek zapłacił Mago i jego rodzina.

***
Thomas Hauser kończy swój tekst cytatem z Bernarda Hopkinsa, który może służyć za przykład jak mimo ponad 20 lat na ringu dbać o swoje zdrowie. „Teraz wszyscy mówią jak bardzo dbają o zdrowie i bezpieczeństwo pięściarzy. Ale to tylko gadanie. Większość traktuje nas, pięściarzy, jak bydło. Nikt nie myśli o kontuzjowanym bokserze. To nie ich ojciec. To nie ich mąż. Walka zakończona – a oni już myślą o następnej. Wszystko inne mają gdzieś”.

TT