Gołowkin vs Geale: dominator

W finałowej scenie „Ludzi honoru” Jack Nicholson wykrzyczał w stronę Toma Cruise’a „Nie zniósłbyś prawdy!” Drodzy kibice boksu, dziś musimy zadać sobie pytanie: czy jesteśmy w stanie znieść inną prawdę. Prawdę o Giennadiju Gołowkinie.

Gołowkin jest jak olbrzym wśród krasnali, odrosły, który karci dzieci. Łamie kości. Rozłupuje charaktery. Kruszy pewność siebie. Tłamsi przeciwnika. Nie interesuje go przewaga – chce hegemonii.

Od kiedy prawie dwa lata temu zadebiutował na antenie HBO wszyscy powtarzali: „teraz zobaczymy czy jest tak dobry”, „to będzie jego najcięższy test”. I co? Proksa, Rosado, Ishida, Macklin, Stevens, Adama, Geale – wszyscy skończyli tak samo. Na kolankach. Nokaut za nokautem. Grono niedowiarków zmniejsza się równie szybko jak liczba chętnych, którzy chcą skrzyżować z Kazachem rękawice.

Dziś w nocy jego siły popróbował odważny Daniel Geale. Wielu sądziło, że zręczny pięściarz z Antypodów przeboksuje cały dystans. Był w ruchu, próbował z odwróconej pozycji, próbował z tradycyjnej. Bez skutku. Azjatycki Waligóra miał swój plan. Lewy prosty, sierp na górę, sierp na dół, skracał ring, wywierał presję. Efekt: nokaut w 3 rundzie.

Odpowiadając na nicholsonowskie: „You can’t handle the truth”. Mówię: zniósłbym. Teraz wiem i wreszcie uwierzyłem, że Gołowkin jest wyjątkowy. Nie tylko z powodu siły. Kazach jest kompletny. Jednocześnie błyskotliwy i solidny we wszystkim: ma technikę, wyjątkową siłę, doświadczenie, ekscytujący styl, dyscyplinę w ringu i poza nim, solidny sztab, dobrego trenera.

Ostatni mistrz świata wagi średniej, który budził strach nazywał się Marvin Hagler. Ale Hagler nie kończył przeciwników w takim stylu. Nie zmiatał ich z ringu w trzy rundy. Z kolei Bernard Hopkins umiał dostosować się do każdego rywala, pozbawiał go największych atutów i kończył zwycięstwem na punkty. GGG jest inny. Nad asymilację przedkłada dominację.

To czas Gołowkina. Pora na wielkie nazwisko. Czas na Miguela Cotto. W grudniu w Madison Square Garden.

TT

Reklamy

Z motyką na Szpilkę

szpilka

fot. flickr.com / paojus / CC

Artur Szpilka nie jest dobrym bokserem? Zgoda. Nigdy nie zostanie mistrzem świata? Potwierdzam! Nie oznacza to jednak, że 25 stycznia Bryant Jennings pozamiata nim ring.

Na początek ustalmy co najważniejsze.

Po pierwsze: nie jesteśmy entuzjastami talentu Artura Szpilki, wielokrotnie (choćby tutaj) pisaliśmy co uważamy o jego sportowych osiągnięciach.

Po drugie: faworytem tego pojedynku, który 25 stycznia odbędzie się w Madison Square Garden jest Bryant Jennings i wedle wszystkich praw rządzących boksem nie powinien mieć problemu z wyboksowaniem Polaka na dystansie 10 rund.

Teraz pora na „ale”. Boks nie daje się jednak wtłoczyć w ciasne ramy arytmetyki. 2+2 nie zawsze daje 4, a większy i bardziej doświadczony nie zawsze wygrywa. Na zwycięstwo często wpływ mają rzeczy, na pierwszy rzut oka niewidoczne. Czy chcę przez to powiedzieć, że Szpilka wygra? Nie. Czy ma jednak szansę dać dobrą walkę, prowadzić z Jenningsem wyrównany pojedynek? Sądzę, że tak.
Szpilka nie jest faworytem.  Ale przekreślanie jego szans to efekt negatywnych emocji jakie zawodnik z Wieliczki budzi wśród wielu kibiców.
„Papiery” na zwycięstwo ma Amerykanin, dla którego będzie to wielki debiut na antenie HBO. Przyjrzymy mu się trochę dokładniej: 17 zawodowych pojedynków, 17 zwycięstw, 9 przez KO. Przyzwoita szybkość i siła, oraz imponujący zasięg ramion. To wszystko jednak trochę mało. Jennings nie jest wirtuozem ringu. Ten dobrze wyszkolony rzemieślnik, który zaledwie 5 lat temu po raz pierwszy zasznurował rękawice, dotąd nie zmierzył się z wiarygodnym oponentem. Tymczasem 25 stycznia czeka go spotkanie      z pewnym siebie, niepokonanym, mańkutem. Polak to niekonwencjonalny pięściarz, który wciąż popełnia szkolne błędy, ale mimo to będzie dla Jenningsa wyzwaniem. Nie oznacza to, że Artur wygra. Nie odmawiajmy mu jednak szansy nawiązania wyrównanego boju z pięściarzem, z którym wiązane są duże nadzieje, ale w ringu nic jeszcze nie osiągnął.

Obaj zawodnicy to produkt oczekiwań kibiców boksu w swoich krajach. Amerykanie od lat tęsknym wzrokiem wyglądają następców Evandera Holyfielda, bo o kolejnym wcieleniu Mike’a Tysona nawet boją się marzyć. Polacy są jeszcze bardziej zdesperowani. Wszystkie niespełnione oczekiwania związane z kolejnymi nieudanymi próbami  Andrzeja Gołoty, złożyli natychmiast na barkach pierwszego pięściarza, który lekkomyślnie powiedział, że będzie kiedyś mistrzem świata. Racjonalne myślenie wyleciało oknem, bo górę wzięły emocje i zawiedziona miłość do „uwolnionego z miasta Włocławka”.

W nocy 25 stycznia z pewnością obnażony zostanie któryś mit. Okaże się, czy Amerykanie będą zmuszeni szukać kolejnego zbawcy wagi ciężkiej. A my dowiemy się, czy Artur Szpilka naprawdę warty jest tak mało, jak chcą tego jego krytycy.

TT