Dawno temu w Meksyku – cz.1

Zwykle bokserzy za sobą nie przepadają. Mogą się szanować, ale nie lubić. Są też tacy, którzy się nienawidzą. Ci dwaj tak bardzo chcieli udowodnić, kto jest lepszy, że zapomnieli o obronie, a słynną zasadę „chroń siebie w każdym momencie” odłożyli na bok.


Dawno temu w Meksyku żyli dwaj dumni caudillo. Różniło ich wszystko. Nie potrafili żyć obok siebie. Kiedy takich dwóch rewolwerowców walczy o władzę nad miastem, trup ściele się gęsto. Skoro nie było tam dla nich dość miejsca, musiało dojść do wojny.

zapata 01

Jeden bogaty, drugi biedny. Pierwszy to arystokrata, jasnoskóry mieszkaniec stolicy, drugi – dumny prowincjusz o ciemnej karnacji. Ich światy nigdy nie powinny się zetknąć. Mogliby żyć, nie wiedząc o sobie nawzajem. Widać los chciał inaczej, bo obaj zaczęli uprawiać boks.

Marco Antonio Barrera i Erik Morales uosabiają jeden z najgłębszych podziałów w meksykańskim społeczeństwie: na„białych” mieszkańców Mexico City i ciemnoskórych „Indian” z prowincji. Wychowany w białej, zamożnej rodzinie Barrera reprezentował tych pierwszych: chodził do dobrej szkoły w spokojnej dzielnicy Mexico City a marzeniem jego ojca było wychować syna na prawnika. Młody Barrera wolał jednak bić się na pięści. Na zawodowstwo przeszedł w wieku 15 lat.

el terrible

Erik „El Terrible” Morales fot. flickr.com by the _michael/CC

Erik Morales był dumny z tego, że był częścią tego „gorszego” Meksyku. Uboga rodzina nie mogła zapewnić mu dobrej edukacji, dlatego jedyną szkołą, jaką skończył, był „uniwersytet uliczny” w El Norte, najgorszej dzielnicy Tijuany. Ten chudzielec o indiańskich rysach zaczął boksować w wieku 5 lat. To nie był wybór, ale droga ucieczki. Morales został zawodowcem, mając 16 lat. Druga połowa lat 90. to wyjątkowy czas w historii meksykańskiego boksu: kibice poszukują kogoś, kto pójdzie w ślady wielkiego Julio Cesara Chaveza. Zarówno Barrera, jak i Morales wiedzieli, że tylko jeden jest w stanie go zastąpić. Walczą efektownie, zdobywają pasy mistrzowskie i popularność. Krążą wokół siebie. Wreszcie w 2000 roku godzą się na walkę, która z miejsca staje się kandydatem do „meksykańskiej walki stulecia”.

Kiedy wojna wreszcie wybuchła, dwaj caudillos nie chcieli więcej słyszeć o pokoju. Wszystko inne przestało mieć znaczenie, bo walczyli przecież o coś więcej niż pieniądze.  

zapata 02Szybko stało się jasne, że gra idzie o miano najlepszego meksykańskiego pięściarza swojej generacji. To dużo więcej niż pieniądze. Historia rywalizacji między Barrerą i Moralesem chwyciła za gardło cały Meksyk. Kraj podzielił się na dwie części. Jedni stali za Moralesem, drudzy kibicowali Barrerze. Jasny, lepiej wykształcony i bogatszy Meksyk kontra biedni mieszkańcy prowincji. Rywalizacja przeniosła się poza ring: pobili się podczas wywiadu, a potem jeszcze raz na młodzieżowym meczu piłki nożnej.  Barrera nazywał Moralesa „głupim Indianinem”, a ten odpowiadał, że może jest głupi, ale Barrera „na zawsze pozostanie pedałem”. Rewanż Morales vs. Barrera w 2002 roku był jedną z najbardziej oczekiwanych walk roku. Po 12 zaciętych rundach obaj ogłosili się zwycięzcami, ale zdecydowanego zwycięzcy wciąż nie było.  W ciągu następnych dwóch lat zmierzyli się z różnymi 10 przeciwnikami. Przyszły pierwsze porażki, ale one nie miały znaczenia, bo przeciwnik był znów tylko jeden. Obaj wciąż chcieli udowodnić, kto jest lepszy. W 2004 roku spotykają się po raz ostatni. Po ogłoszeniu werdyktu znów prawie się pobili.

Obaj myśleli, że to już koniec, że skoro nie ma innego wyjścia, to tytuł najlepszego meksykańskiego boksera będą dzierżyli we dwóch.

Caudillos podzielili się zdobyczą. I kiedy już myśleli, że nic im nie zagraża, pojawił się ktoś, kto rzucił im wyzwanie. Nigdy nie traktowali go poważnie, ale on długo znosił upokorzenia i cierpliwie gromadził siły.

Część druga niebawem!

TT

Reklamy

5 bokserów, którzy muszą powiedzieć sobie „dość”

Grzegorz Markowski śpiewał, że trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. Niestety do tej prostej prawdy nie zastosowało się paru wielkich bokserów. I choć ich walki są już policzone oni zdają się nie przyjmować tego do wiadomości. Oto bardzo subiektywna lista pięściarzy, którzy dla własnego dobra powinni zawiesić rękawice na kołku.

1.Erik Morales – legenda latynoskiego boksu i pierwszy Meksykanin, który był mistrzem w czterech kategoriach wagowych. Do historii przeszły jego trzy walki z Marco Antonio Barrerą  a potem z Mannym Pacquiao. Kto nie widział niech ogląda:

Najpiękniejsze w stylu „El Terrible” jest to, że kiedy czuł się zraniony … atakował. Zawsze kiedy dostał mocny cios, chciał od razu oddać. Do czasu ostatniej walki. Danny Garcia trafił go potężnym lewym sierpowym, aż Morlales zrobił piruet zanim wylądował na deskach. „El Terrible” nie powinien już walczyć. Dobra wiadomość jest taka, że on sam też o tym wie i już zapowiedział, że stoczy jeszcze tylko jedną pożegnalną walkę        w swojej rodzinnej Tijuanie.

2.Roy Jones Jr. – odwrotnie niż Erik Morales Roy nie uświadomił sobie jeszcze, że czas na zejście ze sceny już minął. Niektórzy mówili mu o emeryturze już w 2004 roku, kiedy w przeciągu 4 miesięcy Jonesowi przytrafiło się najpierw to a później to. Wielu ludzi        w boksie zadaje sobie pytanie dlaczego Roy Jones wciąż boksuje? Znokautowany ostatnio przez Denisa Lebiediewa i Dannego Greena przestał być obiektem pożądania dla telewizji. Co mu pozostało? Kolejne „tournee” po Europie i walka z lokalnymi pięściarzami. Szkoda tylko trwonić własną legendę na takie cele. Obecnie Roy Jones Jr. jest w trakcie swojego muzycznego tournee po Rosji i zapowiedział, że chciałby „stoczyć jeszcze trzy walki”. Jako kibic mogę mieć tylko nadzieję, że za parę lat nie będzie mówił jak Riddick Bowe a na życie będzie zarabiał jako komentator.

3.Evander Holyfield – kliniczny przypadek, który w porę nie zdał sobie sprawy, że to koniec. Niedawno stuknęła mu 50. I już miał ogłaszać zakończenie kariery, był dosłownie o włos, ale stało się coś czego nie można było przewidzieć. Evander „Jedno Ucho” obudził się rano, przemyślał wszystko raz jeszcze i postanowił, że to jeszcze nie koniec.

Evander Holyfield. 50 – latek – fot. flckr.com: World Series Boxing/CC

Od lat „Holy” dobija się o szanse walki, z którymś   z braci Kliczków, ale szanse na to są bliskie zeru (choć moim zdaniem Evander dałby sobie radę gorzej niż J.M. Mormeck). Wyrok na Holyfielda już zapadł; starzy pięściarze są jak modelki, nikt nie chce płacić za ich oglądanie. Na nieszczęście pieniędzy Holyfield potrzebuje jak powietrza: właśnie złożył w sądzie pozew o wstrzymanie licytacji pamiątek bokserskich, wśród których są m.in. rękawice, którymi znokautował Mike`a Tysona. Mam nadzieję, że ta chodząca legenda      i jedyny bokser, który czterokrotnie zdobywał tytuł mistrza świata wagi ciężkiej pewnego ranka obudzi się i uzna, że ma już dość walki za pieniądze.

4.Shane Mosley – jak powyżej. „Sugar” zanotował porażki w 3 z ostatnich 4 walk. Po laniu od Saula Alvareza zapowiedział, że kończy z boksem, ale cały czas pojawiają się plotki, że chce spróbować jeszcze raz. O nadziejach na sprowadzenie Mosleya do Polski i zorganizowanie walki z Jonakiem pisaliśmy już tutaj. Mam nadzieję, że nie spotka go los Roya Jonesa i nie stanie się obwoźną atrakcją na europejskich galach.

5.Hasim Rahman – 22 kwietnia 2001 roku sensacyjnie znokautował Lennoxa Lewisa i … od tego momentu liczy, że uda mu się powtórzyć ten, historyczny prawy sierpowy. Niestety. Hasim Rahman od 12 lat walczy ze zmiennym szczęściem zarówno w Europie jak i w USA. Ostatnią szansą na dużą walkę był pojedynek z Aleksandrem Powietkinem. Znokautowany w drugiej rundzie Rahman przez większość pojedynku trzymał się lin i wyglądał źle, jak tylko może wyglądać 40 – latek w ringu.

Pamiętam, że kiedy sędzia przerwał walkę, zadałem sobie pytanie: jego sztab musiał przecież wiedzieć w jakiej jest formie dlaczego więc pozwolili mu wejść na ring?

TT