Szybki lewy: punkt dla Szpilki

fot. flickr.com CC by Dusty J

fot. flickr.com CC by Dusty J

Pierwsze starcie przed walką Tomasza Adamka z Arturem Szpilką za nami. Panowie spojrzeli sobie w oczy, dziennikarze zapytali o pieniądze, a kwestia testów antydopingowych przeszłaby pewnie bez echa. Gdyby nie podniósł jej sam Szpilka.

Było spokojnie i kulturalnie, ale w pojedynku na słowa najskuteczniejszą akcją popisał się Artur Szpilka, który niespodziewanie trafił bardziej doświadczonego Adamka krótkim lewym sierpem z doskoku.

Szanowałbym go gdyby zgodził się na antydopingowe testy olimpijskie. (…) Dalibyśmy przykład młodym chłopakom. O nic go nie oskarżam, ale dlaczego nie chce się na to zgodzić? Powinno się z tym walczyć. W końcu każdy z nas ryzykuje swoim zdrowiem. Szkoda. Była okazja, żeby dać przykład w Polsce – powiedział Szpilka.

Punkt dla Artura. Nie dość, że podniósł ważną kwestię (kto by pomyślał), to wykorzystał lukę w gardzie rywala i strzelił go prosto w zęby.  

Niestety olimpijskich testów antydopingowych rzeczywiście nie będzie. Nie zgodził się na nie obóz Adamka. Nie wiadomo, czy jakiekolwiek testy w ogóle będą. Sam „Góral” mógłby zabrać głos, odnieść się do słów młodszego kolegi i wyjaśnić dlaczego zapisu o badaniach nie ma w kontrakcie. Woli milczeć. Także media relacjonujące Adamek vs. Szpilka zupełnie pomijają tą kwestię. Łatwiej oczywiście zająć się wyliczaniem ile kto zarobi.

Nie zarzucamy Adamkowi, że stosował, lub stosuje doping (zrobił to Szpilka) – za rękę nikt go nie złapał, konto ma czyste. Ale wiarygodność boksu z Polsce bezwzględnie wymagała, żeby najbardziej oczekiwana i lukratywna walka a.d.2014 spełniała najwyższe standardy. Pięściarz formatu Adamka mógłby docenić wagę tego problemu, dać przykład, a nie udawać, że temat nie istnieje.

Doping w boksie to kwestia życia i śmierci tej dyscypliny. Boks stał się niszowy i traci na popularności, bo kibice przestali wierzyć w ideę uczciwej walki na równych warunkach. Na koniec warto zadać sobie pytanie, czy wiedząc na pewno, że walka jest uczciwa, pojedynek Adamka ze Szpilką zyskałby, czy stracił?

TT

Reklamy

Szpilką w balonik

Przekreślanie szans 24-letniego sportowca, który dopiero poniósł pierwszą porażkę i ma wolę poprawy, jest lekkomyślne. W przypadku pomyłki grozi nawet wystawieniem się na śmieszność. Co do Artura szpilki nie mamy jednak złudzeń.

Fot. flickr.com / justmakeit / CC BY-NC 2.0

Fot. flickr.com / justmakeit / CC BY-NC 2.0

Musiało minąć kilka dni, żeby bez emocji porozmawiać o pojedynku Artura Szpilki      i o tym, co czeka go w przyszłości. Wbrew oczekiwaniom, którymi dzieliliśmy się z Wami tutaj, nasza nadzieja w wadze ciężkiej nie sprawiła Bryantowi Jenningsowi większych kłopotów. Artur był niepewny na nogach i niekonsekwentny w ataku, jego braki w obronie wciąż są widoczne, a przygotowanie kondycyjne nie pozwoliło przeboksować 10 rund w wysokim tempie. Jennings to solidny pięściarz: szczelna garda, wzorowa kondycja, dyscyplina taktyczna.  Do tego atletyzm i zasięg ramion. Amerykanin bez trudu wyłapywał ataki Polaka, spokojnie zwiększał pressing i  realizował swój plan taktyczny. Dla niego był to „zwykły dzień w biurze”. Kolejny oponent na kolankach.

Dla nas ta porażka znaczy dużo. Nawet bardzo. Walka w Madison Square Garden miała  unaocznić światu potencjał drzemiący w Szpilce. Niestety wydobyła na jaw jedynie smutną prawdę o dużych ambicjach, ale słabych umiejętnościach. Wmówiliśmy sobie, że mamy mocnego contendera, który będzie mógł nawiązać walkę ze światową czołówką. A okazało się, że amerykańscy średniacy pokroju Mike`a Mollo, to póki co szczyt możliwości.

Nie zawracajmy obie głowy gadkami o „sercu do walki”, „ambicji” itd. Naprawdę nie warto. Z obozu Polaka słyszymy zapewnienia o ogromie pracy do wykonania, o ciągłej nauce i podnoszeniu umiejętności. Sam Szpilka, mając 24 lata i 17 zawodowych walk, doszedł wreszcie do wniosku, że dobrze byłoby „podnieść gardę do podwójnej”. Najwyższy czas! Mówi, że chce się uczyć, ale deklaruje „z trenerem Łapinem do końca życia”! Słyszę to i zastanawiam się gdzie byłby dziś Władimir Kliczko, gdyby nie poszedł po rozum do głowy i nie oddał się pod opiekę Emanuela Stewarda?

Grając w otwarte karty: nie widać przed Arturem Szpilką przyszłości, o której jeszcze niedawno tak chętnie mówił. Nie ma to nic wspólnego z dobijaniem zawodnika, który właśnie poniósł pierwszą porażkę w karierze. Nie potrafię sobie wyobrazić scenariusza, który doprowadziłby go (za parę lat) do pojedynku o mistrzostwo świata wagi ciężkiej. Wzniesienie się na wyższy poziom wymagałoby od niego nie tylko ciężkiej pracy, Artur potrzebuje pozbyć złych nawyków, wciąż wzbogacać swój arsenał. Być może konieczna byłyby zmiana trenera i całego otoczenia. Ale nawet to nie zmieni namacalnej, kategorycznej, definitywnej prawdy: miłośnicy boksu, Artur Szpilka nie ma argumentów sportowych! Nie ma odporności, nie ma uderzenia, które zrobiłoby różnicę, a warunkami fizycznymi tych braków nie nadrobi.

Porażka z Jenningsem nie jest końcem Artura Szpilki. Jest natomiast brutalnym końcem marzeń o kolejnym wcieleniu Andrzeja Gołoty, który (tym razem z powodzeniem) zawojuje czołówkę wagi ciężkiej.

TT

Szpilka stracił, Mollo zyskał

Szpilka wszedł do ringu, jakby zwycięstwo było mu już dane. Mollo szybko sprowadził go na ziemię, posłał dwukrotnie na deski i był blisko sprawienia wielkiej  niespodzianki.

Jeśli ciągle jeszcze ktoś jest pod wrażeniem nokautu, jaki w 6. rundzie Artur Szpilka zafundował Mike’owi Mollo, to polecam żeby obejrzał ten pojedynek jeszcze raz          w całości. Mówiąc szczerze, Szpilka był o krok od porażki na punkty. Debiut na dużej scenie za oceanem (gala była transmitowana przez ESPN3) wypadł naprawdę blado.

"Artur Przyszpilony" - Fot. flickr.com / justmakeit / CC BY-NC 2.0

Artur „przyszpilony” – Fot. flickr.com / justmakeit / CC BY-NC 2.0

Szpilka wydawał się zmęczony. W czwartej  i piątej rudzie słaniał się na nogach i parę razy lądował na kolanach. Ciosy Artura nie robiły na rywalu wrażenia; Mollo parokrotnie trafiony czysto, po prostu szedł dalej naprzód.

Błędy, które Polak wciąż powtarza, widać chyba gołym okiem. Nokdaun z czwartej rundy jest na to najlepszym dowodem. Jeden z najbardziej cenionych trenerów       w USA i komentator ESPN Teddy Atlas określił styl naszego ciężkiego jako: „broda w górę, ręce w dół”.

Ale ten wpis nie będzie w całości o zawodniku z Wieliczki. Ten wpis będzie                       o prawdziwym bohaterze wczorajszego wieczoru. A jest nim Mike Mollo. Zawodnik      z Chicago zdobył uznanie komentatorów i kibiców. Nie wyszedł do ringu po wypłatę, zaprezentował wyjątkową wolę walki i odwagę. On był agresorem, rozbity, zakrwawiony, szedł do przodu i był o krok od sprawienia sensacji. Potrafił przycisnąć faworyzowanego rywala do lin, a w czwartej rudzie przejął kontrolę nad wydarzeniami. Gdyby nie kontuzja, która sprawiła, że Amerykanin niewiele widział, mogło to się skończyć inaczej. Biorąc pod uwagę, że nie walczył od ponad 2,5 roku. Biorąc pod uwagę, że warunkami fizycznymi zdecydowanie ustępował Polakowi, ten skazywany na pożarcie (również przeze mnie) Mollo, dał naprawdę świetną walkę.

Jeśli wczorajszy pojedynek obserwował któryś z liczących się promotorów albo menadżerów stacij telewizyjnych, to na pewno bardziej docenił walecznego Amerykanina.

Najlepszym podsumowaniem tej walki i zarazem kubłem zimnej wody na głowy wszystkich tych, którzy koronowali już Szpilkę na następnego mistrza świata, niech będą słowa Dana Rafaela, najbardziej cenionego dziennikarza zajmującego się boksem         w USA: „Szpilka to nic wielkiego”.

TT

Efekt Szpilki

Wczorajsza szarpanina między Arturem Szpilką a Tomaszem Zimnochem jeszcze bardziej zwiększy szum wokół „Szpili”, który pomału staje się twarzą polskiego boksu zawodowego. Pytanie tylko, czy to dobrze dla boksu?

Wystarczą ostre słowa, parę chybionych ciosów i chwila przepychanki w stójce. Oto przepis na wydarzenie, które przebije się do mainstreamowych mediów i skupi uwagę tych kibiców, którzy o oglądaniu walki bokserskiej w sobotni wieczór 23 lutego nawet by nie pomyśleli.  Artur Szpilka vs. Tomasz Zimnoch sportową wartość ma nikłą, ale medialnie ma szansę przebić stracie Gołoty z Saletą, o pojedynku „Diablo” Włodarczyka w Gwinei Równikowej (pisaliśmy o nim tutaj) nawet nie wspominając.

Czy tego chcemy, czy nie, skandal był od zawsze sprzymierzeńcem promotorów i samych pięściarzy. Nie ma się na to co obrażać, bo to element przedstawienia pod nazwą „boks zawodowy”. Niepokoi jedynie skala uwagi i rozgłos, jaki w polskich mediach zyskuje wszystko, co robi Artur Szpilka. I nie mam na myśli jedynie największych portali zajmujących się boksem, mówię o internetowym mainstreamie! Przykład: wczoraj wieczorem informacja o burdzie z udziałem Szpilki była na stronie głównej: TVN 24, Onetu, Wirtualnej Polski, Sport.pl, Pudelka (tak, poświęciłem się i sprawdziłem), Money.pl, Menstreamu itd. Liczba komentarzy zamieszczanych pod tymi tekstami szła w setki,  a post, który Szpilka umieścił na swoim profilu na Facebooku, w kilka godzina został udostępniony ponad 2,5 tys. razy.

 

Możemy zapytać: no i co w tym dziwnego? Tego typu wydarzenia świetnie się sprzedają na całym świecie. Prawda. Ale jeśli spojrzymy na najbardziej znanych polskich bokserów, np. Andrzeja Gołotę, Tomasza Adamka czy Dariusza Michalczewskiego, to ich popularność mimo wszystko miała korzenie w sukcesach sportowych. A Szpilka na tym polu nie osiągnął jeszcze nic (choć niektórym wydaje się, że jest inaczej). Co gorsza, bohater wczorajszej szarpaniny stał się ostatnio niemal autorytetem np. w kwestii rozwoju kariery Tomasza Adamka i w ogóle asem wywiadu. Patrząc na to ile uwagi poświęcono mu w 2012 roku,  to nie pomylimy się wiele, mówiąc, że Szpilka staje się twarzą polskiego boksu zawodowego.

I z tym mamy problem. Artur Szpilka, po prostu na ten rozgłos nie zasłużył. Niech najpierw potwierdzi swoją wartość sportową.

TT

P.S. Koneserów tego gatunku rozrywki na pewno zainteresuje zestawienie 10 największych bijatyk podczas konferencji prasowych.