Najlepszy „ciężki” naszych czasów?

Kto zasługuje na tytuł najlepszego zawodnika wagi ciężkiej w erze po Tysonie? Nie ma wątpliwości, że kandydat jest tylko jeden i nie jest nim Lennox Lewis. Jeśli        w ciągu kilku kolejnych lat spełni swoje plany, to chcemy tego czy nie, nie będzie innej odpowiedzi niż: Władimir Kliczko.

Kliczko? Najlepszy?!? Brzmi jak herezja? Zastanówmy się jednak spokojnie.  Do wspomnianego tytułu są tylko dwaj inni kandydaci: właśnie Lewis i Witalij Kliczko.
Witalij w 2003r. bezpardonowo zepchnął z tronu Lewisa w pamiętnej walce w Los Angeles. Nad jego karierą zaciążyły jednak: prawie 4 – letnia przerwa spowodowana kontuzją oraz przedłużające się okresy nieaktywności (jak ostatnio).
Co do Lewisa, to w okresie największej potęgi, czyli po pokonaniu Holyfielda                       i zunifikowaniu pasów, stoczył 7 walk. Panowanie Brytyjczyka nie było pasmem sukcesów: z Rahmanem przegrał przez KO, a z Vitalijem był na granicy nokautu. Ostatecznie uratowała go kontuzja Ukraińca.

wlad

fot. Creative Commons by BerlinBeyond2011

Władimir walczy często, przyjmuje wyzwanie od wszystkich możliwych oponentów. Nie unika oficjalnych pretendentów, okazując tym samym szacunek do pasów. Jest czempionem w starym, dobrym stylu.

Władimir ostatni raz przegrał 9 lat temu. A od ponad 5 jest posiadaczem trzech pasów mistrzowskich (po zwycięstwie nad Davidem Hayem do kolekcji dołączył pas WBA), których bronił dotąd 10 razy. W żadnej z tych walk nie pozostawił choć śladu wątpliwości kto jest lepszy. I choć statystyka to wyjątkowo słaby argument, a za pomocą takich wyliczanek da się udowodnić każde kłamstwo, to istnieje prawdopodobieństwo, że bazując na nieprzerwanej serii obron Władimir Kliczko przejdzie do historii jako jeden       z najwybitniejszych ciężkich.

Jego największą słabością jest coś na co niestety nie ma wpływu: jakość rywali. Kolejne obrony ukraińskiego czempiona sprowadzają się niestety do typowania rundy, w której  oponent znajdzie się „na kolankach”. Nazwiska Tonego Thompsona, Rusłana Czagajewa, czy Mariusza Wacha nie robią na nikim (szczególnie w USA) wrażenia, ale pamiętajmy, że Lewisowi też zdarzało się bronić tytułu przeciw zawodnikom wyraźnie słabszym np. Frnas Botha czy David Tua. Muhammad Ali również nie zawsze toczył heroiczne boje z Frazierem. A nazwiska kolejnych przeciwników Joe Louisa pozostają znane tylko historykom boksu.

Władimir Kliczko nie ma oczywiście szans by konkurować z żadnym z nich. Louis, Ali czy Tyson wykroczyli poza sport i zawładnęli wyobraźnią ludzi, którzy nigdy boksem się nie interesowali. Stali się symbolami swoich czasów. A z symbolami nie da się konkurować.

Najbardziej krzywdzący dla wizerunku Władimira jest fakt, że odwrócił się plecami od USA, którym wciąż wydaje się, że każdy czempion (a szczególnie w wadze ciężkiej) musi zdobyć „stempel jakości” za Oceanem. Amerykanie nie zauważyli, że świat im uciekł,      a królewska kategoria radzi sobie bez nich. Czekają na następnego Mike’a Tysona, kogoś, kto pojawi się znikąd, znokautuje „uzurpatora” i zwróci tytuł mistrza świata wagi ciężkiej jego prawowitej właścicielce: Ameryce.

Władimir ma 37 lat. Jego panowanie jeszcze się nie zakończyło. Wręcz przeciwnie, właśnie teraz będzie miał do udowodnienia jeszcze więcej. Kolejni pretendenci: Aleksandr Powietkin, a w perspektywie Tyson Fury, albo Kubrat Pulev zasłużyli na swoją szansę i nie zostali wyciągnięci z kapelusza. Jeśli Kliczko będzie boksował do czterdziestki, co biorąc pod uwagę jego profesjonalizm i sportowy tryb życia jest bardzo prawdopodobne,    zwyciężając wszystkich, którzy rzucą mu wyzwanie. Jeśli dołoży do swojej kolekcji pas WBC, który prędzej czy później odda Vitali. Jeśli, zgodnie z tym co ostatnio powiedział, zdecyduje się wystąpić na Igrzyskach w 2016r. i zdobędzie drugie            w karierze olimpijskie złoto, to czy dalej będziemy kwestionowali jego wielkość?

P.S. Dziś na ringu w Mannheim Władimir zmierzy się z Francesco Pianetą. Jeśli wygra nikt nie zwróci na to uwagi. Jeśli jakimś cudem przegra, to starania o miejsce w historii będzie musiał zawiesić na kołku.

TT

Reklamy

5 bokserskich hitów, na które NIE CZEKA cały świat

Z boksem jest tak, że – uwaga, uwaga – niektóre pojedynki muszą się odbyć, inne może się odbędą, a na pozostałe nie mamy nawet co liczyć. W tym krótkim zestawieniu znajdziecie walki z każdej z tych kategorii. Łączy je na pewno jedno: obchodzą co najwyżej garstkę najbardziej zapalonych kibiców.

  • 1. Dos Santos vs. Władimir Kliczko
Junior dos Santos, fot. MartialArtsNomad.com / CC BY 2.0

Junior dos Santos, fot. MartialArtsNomad.com / CC BY 2.0

Zaczynamy od walki, której nie będzie na pewno. A szkoda, bo mogłaby okazać się dla boksu niesłychanie ważna. Mógłby to być pojedynek, który pięściarstwu zagwarantowałby większy nawet zastrzyk fanów niż elektryzujące 178 cm Mike’a Tysona (według boxrec.com). Całkiem niedawno Junior dos Santos, do zeszłego weekendu mistrz mieszanych sztuk walki UFC w wadze ciężkiej, oświadczył bowiem, że gdyby doszło do ich walki, to bez problemu zapewniłby Władimirowi Kliczce nokaut i szpital. Nie jestem tego wcale taki pewien, ba!, myślę nawet, że gdyby taka walka miała odbyć się na zasadach typowo bokserskich, to Brazylijczyk przypomniałby sobie, jak ląduje się na deskach. Jeśli jednak choć na chwilę mógłby zejść do parteru albo nawet do arsenału ciosów dodać te, które wyprowadza się nogami, ostateczny wynik byłby inny. Zostawmy jednak może te rozważania, zanim przerodzą się w jałową dyskusję na temat wyższości boksu nad MMA i odwrotnie, i wróćmy do tematu. Walka dos Santosa z młodszym z braci Kliczko na pewno byłaby hitem. Telewizja, która pokazałaby taki pojedynek w systemie PPV, zgarnęłaby kupę kapusty, a może nawet ustanowiłaby rekord sprzedaży. Wystarczy prosty rachunek. Dodajmy do liczby fanów mieszanych sztuk walki liczbę fanów boksu; końcowy wynik musi robić wrażenie. Jeśli założymy jeszcze, że po takiej walce fani MMA pokochaliby boks, mamy wydarzenie, które przechodzi do historii.

2. Tomasz Adamek vs. Johnathon Banks

fot. Adamek Team

Tomasz Adamek, fot. Adamek Team

Dwa lata temu nawet nie myślałbym o takim rewanżu. Od tamtej pory zmieniło się jednak sporo. Po pierwsze, Banks znokautował ostatnio amerykańską nadzieję na pas w wadze ciężkiej, Setha Mitchella. Po drugie, Tomasz Adamek w słabym stylu po kontrowersyjnym werdykcie pokonał innego przeciwnika sprzed lat, Steve’a Cunninghama. W czym więc problem? Promotorzy, do stołu! To bowiem walka, w której wymiany obu panów mogłyby światu spodobać się na tyle, że mniej osób dalej narzekałoby na nudę w wadze ciężkiej. Dwa lata temu obaj, Adamek i Banks, walczyli na gali we Wrocławiu. Ten pierwszy oberwał wówczas solidnie od starszego Kliczki, a Amerykanin znokautował w szóstej rundzie Ivicę Bacurina. Gdyby zmierzyli się wówczas ze sobą, a nie ze swoimi rywalami, wygrałby raczej Adamek; Banks niczym wtedy nie zachwycił, a mnie nawet rozczarował. Dzisiaj jednak panowie są na innym już etapie życia i kariery, obaj mają coś do udowodnienia, dlaczego nie mogliby zrobić tego razem? Tym bardziej, że nawet Banks wspominał ostatnio o chęci do rewanżu. No i stoi za nim HBO, czyli bokserski raj, za którym tak tęskni „Góral”.

3. Gennady Golovkin vs. Gabriel Rosado

To walka z kategorii tych, które odbędą się na pewno (no, prawie na pewno). I to już całkiem niedługo, bo 19 stycznia na antenie HBO. Zanim zacząłem pisać ten tekst, nie myślałem o tym, by uwzględnić w  nim Rosado. Pomysł był taki, by Golovkina zestawić z kimkolwiek, tak, z kimkolwiek. Ten gość to maszyna nastawiona na wygrywanie. Ogromny talent, doskonały technik obdarzony niesamowitą siłą ciosu. Przy tym wszystkim Golovkin to trochę talent niesprawdzony, bo trudno za sprawdzian uznać jego walkę z Grzegorzem Proksą (z całym szacunkiem!). W wywiadzie dla „The Ring” „GGG” zapewnia, że jest gotowy na każdego, nawet na Martineza. Myślę, że jest. Ale: zanim do tego dojdzie, ma przed sobą wyzwanie, które nazywa się Rosado. To nie powinien być problem, taka walka nie powinna szczególnie elektryzować i mnie wcale nie jarała tak bardzo aż do dzisiaj. Co się zmieniło? Ano to, że dowiedziałem się, iż Gabriel ma jaja. W kontrakcie ma zapisany umowny limit 158 funtów, ale sam uznał, że chce bić się z Kazachem w limicie średniej. Utrudnia sobie zadanie, bo – jak tłumaczy – chce się spotkać z najlepszą wersją Golovkina. W czasach, gdy każdy bokser i promotor kombinuje, jak może, by jak najmniejszym kosztem zdobyć szczyt, taka postawa zasługuje na szacunek.

 

4. Bernard Hopkins vs. Tavoris Cloud

Bernarda uwielbiam, co tu dużo gadać. Najstarszy mistrz świata w historii w marcu spotka się z obecnym posiadaczem pasa w wadze półciężkiej w wersji IBF. Jeśli wygra, pobije swój własny rekord. Jeśli nie… cóż, B-Hop nic już nie musi udowadniać. Ale oglądać go nadal to i tak przyjemność i przywilej. Zwłaszcza, że to gość, który nie wychodzi po wypłatę i nie zawiesza na kołku rękawic tylko dlatego, bo ciąży nad nim komornik (jak np. Holyfield). To raczej ten typ, który ma na pieńku ze światem i w ringu pojawia się po to, by wyrównać rachunki. Dziękuję ci za to, Bernard.

5. Andrzej Gołota vs. Przemysław Saleta

Fot. flickr.com / DrabikPany / CC BY 2.0

Fot. flickr.com / DrabikPany / CC BY 2.0

Na tę walkę kilka osób akurat czeka, ruszyła już nawet sprzedaż biletów, a Polsat na poważnie bierze się za promocję. Z jednej strony cieszę się na myśl o tej walce, bo fajnie będzie zobaczyć pożegnanie dwóch tytanów polskiego boksu. Mogą być niezłe jaja i ciekawa walka, ale może być też ogromne rozczarowanie. Ok, to ryzyko, które znamy. Z drugiej jednak strony – i  to jest dla mnie najważniejsze – czekam na tę walkę, bo obaj panowie obiecali już, że to ich pożegnanie z zawodowym boksem. Doczekam się więc upragnionego (i moooocno spóźnionego) zakończenia kariery Andrzeja Gołoty. Szkoda, że wbrew początkowym zapowiedziom walka nie odbędzie się we Wrocławiu, ale cóż – po tym, jaką klapą była gala Wojak Boxing Night, podczas której Krzysztof Włodarczyk wygrał z Palaciosem, wcale się nie dziwię, że Wrocław pożegnania Gołoty i Salety nie zobaczy. Aha, do trzech razy sztuka… Wcale nie jestem taki pewien, że ta walka ostatecznie dojdzie do skutku.

PM

PS. A wracając jeszcze do tematu wyższości boksu nad MMA. Sami odpowiedzcie sobie na pytanie, kto na zasadach bokserskich wygrałby walkę: Mateusz Masternak czy Mamed Chalidow…

Dokąd to wszystko zmierza

„Nikt mi nie powie, że dobieram sobie słabych rywali. Nie ja ich wybieram, ja tylko akceptuję propozycję mojego obozu” – tłumaczył się Tomasz Adamek przed walką z Travisem Walkerem, której zapowiedź wielu uznało za ponury żart. Dokąd to wszystko zmierza, skoro zamiast lepiej jest teraz tylko gorzej?

Chyba nawet na tej samej konferencji prasowej któryś z dziennikarzy zapytał Adamka o przenosiny Steve’a Cunninghama do wagi ciężkiej. „Góral” szczerze odpowiedział, że rozumie tę decyzję; to proste, w wadzie cruiser nie ma pieniędzy i rywali, a rodzinę z czegoś utrzymać trzeba. Na kolejne pytanie – czy chciałby pojedynku z rywalem, którego po niejednogłośnej decyzji sędziów pozbawił tytułu IBF – również odpowiedział dokładnie tak, jak myślał. Negatywna odpowiedź wydawała się w tym momencie racjonalna; przecież „USS” niczym sobie na walkę rewanżową z Adamkiem nie zasłużył. Stoczył w ciężkiej jeden, nudny pojedynek, gdzie mu do gościa, który w ciężkiej podchodzi pod dyszkę i bił się w niej nie tylko z mistrzem świata, ale choćby też z pretendentem do tego tytułu. Gdzie Rzym, gdzie Krym. Adamek w tym momencie nie podejrzewał jednak, że z pojedynku z nim – określanego od początku jako wielkie starcie w wielkiej telewizji – wycofa się Odlanier Solis. Opcja awaryjna w postaci Cunninghama była łatwa do przyjęcia dla promotorów Adamka. Cunningham to ich zawodnik, który o niczym innym niż rewanż nie marzy. A kibice? Co za różnica, pikniki to kupią, sprzeda się to jako wielki rewanż, anfiniszd biznes pomiędzy większymi, silniejszymi, jeszcze twardszymi.

To ten moment, kiedy świadomy kibic zaczyna cierpieć.

fot. Adamek Team

fot. Adamek Team

Dlaczego? Bo zdaje sobie sprawę z tego, że to wszystko gry i zabawy, psoty promotorów i ich kasa, które decydują o wszystkim. W momencie, w którym dowiaduje się ten kibic jeszcze, że zwycięzca tego pojedynku wskoczy na miejsce drugie w rankingu IBF i będzie miał szansę zawalczyć o miano oficjalnego pretendenta do pasa Władimira Kliczki, jego wiara w sportowy aspekt boksu musi mocno zostać zachwiana. Jak to jest, że pojawia się gość znikąd, który nagle staje się gościem skądś, hm?

Tym gościem okazję ma być tym razem Steve Cunningham. Dlaczego on? Bo Cathy Duva nie lubi przepłacać. To najprostsze i najtańsze wyjście z niewygodnej sytuacji po fiasku negocjacji z Odlanierem Solisem. W przeciwieństwie do Kubańczyka Amerykanin nie jest drogi; nie ma też nic prostszego niż zorganizowanie pojedynku między pięściarzami z tej samej „stajni”.

Trochę szkoda. Tym bardziej, że od czasu porażki z Witalijem Kliczką Adamek walczy z rywalami słabymi lub bardzo słabymi. Nazwiska mówią same za siebie: Nagy Aguillera, Eddie Chambers i Travis Walker. Jedynym promykiem nadziei był właśnie Solis, ale, jak już powiedziano, chciał za dużo kasy. Klasa dotychczasowych rywali Adamka pozostawia wiele do życzenia. Dla Chambersa była to pierwsza walka od czternastu miesięcy. Aguillera, solidny contender, w swojej karierze przegrał z Arreolą, Tarverem oraz Samuelem Peterem. Ani Aguillera, ani Walker, ani tym bardziej Cunningham nie otarli się nawet o pierwszą „dziesiątkę” rankingu wagi ciężkiej. Może się więc wydawać i nie jest to raczej wrażenie mylne, że od września ubiegłego roku kariera Adamka po prostu dryfuje, płynie tam, gdzie ją prąd poniesie. „Góral” w każdym wywiadzie podkreśla, że jego celem jest kolejna walka o pas mistrza świata, ale jego promotorzy robią raczej wszystko, żeby wycisnąć z Adamka tyle zielonych, ile mogą. Ziggy Rozalski i Kathy Duva troszczą się wyłącznie o komplet widzów w hali i przed telewizorami. W końcu Adamek ma rzeszę fanów (i hejterów) tak wiernych, że bilety sprzedałby nawet jego pojedynek na zasadach wrestlingu. Po co więc zmieniać coś, co działa dobrze? Podpiszmy kontrakt z kimś, kto mało weźmie kapusty, a będzie więcej na sałatkę dla nas. W końcu kasa musi się zgadzać.

 

O sportowym aspekcie nie ma w tym wypadku chyba co mówić. Jeśli Cunningham w ciężkiej okaże się dla Adamka wyzwaniem, to… Chciałbym jeszcze tylko podkreślić, że uważam Tomasza za świetnego pięściarza, bardzo niedocenianego w wadze ciężkiej. Myślę, że poza Kliczkami mógłby poradzić sobie z każdym gościem ważącym ponad 90 kilogramów. To dlatego tak wkurza nas fakt, że kolejny raz będziemy oglądać walkę Adamka, a nie walkę Adamka z Kimś. No bo to robi różnicę, prawda?

PM i TT

PS. Mieliśmy pisać ten tekst na zasadach lewy-na-lewy; jeden bije, drugi kontruje. Za bardzo jednak zgadzamy się tym razem, by pozwolić sobie na inny punkt widzenia.

Wach vs. Kliczko, czyli kłamstwo ma krótkie nogi

Młodość, wzrost, waga, zasięg. Wczoraj na ringu w Hamburgu Mariusz Wach miał te wszystkie atuty po swojej stronie. Dlaczego więc, przegrał tak zdecydowanie?

Władimir łatwo obronił swoje pasy. fot. flckr.com: danepstein/CC

Tylko raz pod koniec 5 rundy Polak trafił Ukraińca mocnym prawym i przez ostatnich 15 sekund rundy zasypał go lawiną ciosów. Przez pozostałe 12 rund Władimir Kliczko ani przez chwilę nie był zagrożony i pewnie zwyciężył na punkty. To była prawdziwa lekcja boksu. Nie tylko dla Vikinga, ale przede wszystkim dla nas. Walka Kliczko – Wach jeszcze raz udowodniła, że takie atuty jak przewaga wzrostu, wagi, czy większy zasięg, są oczywiście przydatne, ale nie znaczą nic, gdy do głosu dochodzą umiejętności.

Wczorajszy pojedynek był starciem bokserów, których dzieli kilka klas. Szybkość, celność, praca nóg wszystko to co w boksie najważniejsze, stało po stronie mistrza. Na nic zdały się  4 centymetry wzrostu przewagi, nie pomogły też 2 dodatkowe kilogramy. Wach był po prostu wooooooooooolny. Jego prawy sierpowy, który miał być dla Kliczko śmiertelnym zagrożeniem, był sygnalizowany, a Władimir miał całe wieki aby przygotować obronę i obmyśleć kontrę.

Jak Wach wypadł w zestawieniu z innymi Polakami, którzy mierzyli się z Ukraińskimi braćmi? Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że jako jedyny przetrwał całe 12 rund. Choć gdyby nie swoje wyjątkowe warunki fizyczne, to pewnie po którymś z potężnych prawych padłby na deski.

Podsumowując: Mariusz Wach bardzo się wczoraj starał. Pokazał, że potrafi przyjąć cios najmocniej bijącego zawodnika wagi ciężkiej. Ale niespodzianki sprawić nie mógł. Zrobił dokładnie tyle, na ile pozwalały mu umiejętności i doświadczenie, czyli niewiele. Sport nie zawsze bywa sprawiedliwy, ale boks to dyscyplina, w której kłamstwo prędzej czy później wychodzi na jaw. Wczoraj, nie licząc tych słynnych już 15 sekund, po 36 minutach walki, okazało się, że ktoś nas okłamywał.

TT

Walc z Wachem

Kiedy koledzy mówią, że Wach wygra z Kliczką, tylko się uśmiecham. Nie wierzę w zwycięstwo. Nie wierzę nawet w pełen dystans, w dwanaście wyraźnie wygranych przez Władimira Kliczkę rund. Jestem pewien nokautu. To taka moja reakcja obronna.

Wolę miłe zaskoczenie niż przytłaczającego kaca. Jest sobota, więc kaca prawdopodobnie będę miał i tak. Nie ma sensu się katować i gwarantować sobie dodatkowe źródło bólu głowy czy serca. Wierzyłem w Adamka, chociaż nie przemawiał za nim żaden argument. Naczytałem się na forum bokser.org niestworzonych historii o małym ciężkim, który zabiega starzejącego się Witalija. Serce do walki, taktyka, dusza wojownika – tymi argumentami nie wygrywa się walk. Jak ktokolwiek mógł myśleć, że Witek nie będzie w formie na 12 rund i po kilku pierwszych starciach Adamek zacznie go trafiać? To się kłóci nawet nie tyle z logiką, co ze wszystkim, ziomki.

fot. flckr.com: Jaszek/CC

Kaca po Adamku miałem strasznego. Pamiętam, jak udało mi się wyjść w końcu z wrocławskiego stadionu. Nie zmieściłem się do kilku kolejnych tramwajów, więc wybrałem jedyną dostępną opcję – spacer. Szedłem powoli ze spuszczoną głową. Och, jak lirycznie! Następnego dnia z drugą połową lnl siedzieliśmy w „Literatce” i uznaliśmy, że Tomasz nas oszukał.

Ta nieciekawa w gruncie rzeczy historia ma proste zadanie: pokazać, dlaczego nie wierzę w Mariusza Wacha (tylko bez oskarżeń o to, że mu nie kibicuję, bo to nieprawda). Zresztą narodowość nie odgrywa tu żadnej roli, taki ze mnie narodowo-wyzwoleńczy patriota jak z koziej dupy trąba. Oskarżenia o to, że nie kibicuję swojemu (mojemu?! naprawdę?!) możecie więc jednak kierować, trudno. Jak to mówi mój przyjaciel, poradzem se z tym. Wracając do sedna; nie wierzę więc w zwycięstwo Mariusza, bo nie przemawia za nim zupełnie nic. Słynne 4 centymetry, o których pisał wczoraj TT, mogą być, obawiam się, tym, co Kliczce pomoże, a nie przeszkodzi. Idę o zakład, że wysokiego będzie mu się trafiało nawet łatwiej. Thompsona trafiał, że ho ho. Wacha też trafi. I pozamiatane.

Pięknej historii dzisiaj nie zobaczymy. Nie będzie niespodzianki, Wach nie pokusi się o zwycięstwo. Po pierwszym prawym prostym jego plan na walkę się skończy. Niedługo później skończy się sama walka, a ja nie będę musiał niczego jutro odszczekiwać. Chociaż nawet bym chciał. Bardzo.

PM

Dlaczego Mariusz Wach znokautuje Władimira Kliczkę

Wyobraźmy sobie, przez jedną chwilę, że w sobotę na ringu w Hamburgu Mariusz Wach wygrał. Przeczytajcie jak mogłoby do tego dojść i dlaczego wbrew logice wiele osób wciąż wierzy, że tytuł mistrza świata wagi ciężkiej zależy od 4 centymetrów.

 

Pierwszy gong. Kliczko, pewny swego, rozpoczął spokojnie. Punktuje lewym prostym, prawy z całą mocą wyprowadza rzadko. Mariusz utrzymuje dystans; słucha rad trenera: pierwszych parę rund boksuj spokojnie, oswój się ze stylem rywala i nie myśl o stawce. „Bez nerwów” – powtarza sobie w głowie Viking „jestem większy”. W siódmej rundzie Ukrainiec jest już trochę zniecierpliwiony, na widowni słychać pierwsze gwizdy. Kliczko przygotowuje swoją koronną akcję: szybką kombinację lewy – prawy.  Zmniejsza dystans, „teraz” myśli. Lewy prosty musnął policzek Wacha, Mariusz przenosi ciężar ciała na prawą nogę, nadlatuje prawy i mija szczękę Polaka o centymetry. W tym samym momencie Viking wyprowadza prawy kontrujący. Cios nadlatuje z góry, nad lewym barkiem Kliczki. Mariusz mocno stoi na nogach, fizyka jest po jego stronie. Trafia czysto, Kliczko zamroczony pada i nie wstaje.

 

„Viking” celuje w nokaut – fot. flckr.com: Jaszek/CC

Mariusz Wach nowymi mistrzem świata wagi ciężkiej! „Największa sensacja od znokautowania Tysona przez Bustera Douglasa!”; „4 centymetry na wagę mistrzostwa świata” – krzyczą nagłówki dzienników. W głównym wydaniu Wiadomości, nokaut Wacha zepchnął z czołówki śledztwo smoleńskie, aferę trotylową i reelekcję Baracka Obamy. Teraz przyszedł czas na analizy. Eksperci są pewni swego. Oni od początku wskazywali, że Mariusz wygra „bo jest wyższy i ma większy zasięg ramion”. „To 4 centymetry drodzy Państwo, one zadecydowały” – słyszymy od eksperta Polskiej Szkoły Boksu. Cios dotarł do szczęki rywala, bo pięść Mariusza osadzona jest na dłuższej kończynie a w ogóle to energia kinetyczna Polaka była większa niż energia kinetyczna Kliczki. I o czym my tu rozmawiamy, skoro „to jest waga ciężka i wszystko może się zdarzyć”.

I co? Nie ma o czym dyskutować? No jednak jest. Boks wydaje się sportem gdzie zastosowanie mają proste prawdy, łatwo go więc sprowadzić do zestawienia rozmiarów. Wielu z nas wierzy w sukces Wacha, bo zawodnik z Krakowa nie tyle dorównuje, co nawet przewyższa ukraińskiego czempiona. Wzrost: Kliczko – 198 cm; Wach – 202 cm (te 4 centymetry!), zasięg ramion: Kliczko – 206 cm, Wach – 208 cm. Kiedy jednak przychodzi do prawdziwej walki, to atuty fizyczne, choć ważne, tracą na znaczeniu. Najwybitniejsi pięściarze w historii nie byli ani najwyżsi, ani najciężsi, nie mieli też największego zasięgu ramion. O ich wielkości decydowało coś czego nie widać, czego nie da się zmierzyć, ani zważyć.

 

TT

Waga ciężka żyje i ma się dobrze!

Od lat wszyscy powtarzają, że waga ciężka „jest nudna” i „nie ma kogo oglądać”. Taka opinia jest w dobrym tonie, szczególnie w USA. Ktoś kto ją wypowiada zostaje od razu przyjęty do grona znawców dyscypliny. Widocznie się nie znam, ale jestem innego zdania.

21 czerwca 2003 roku. Wtedy zdaniem większości kibiców skończyła się waga ciężka. Tego wieczora w Los Angeles zmierzyli się niekwestionowany mistrz świata wagi ciężkiej Lennox Lewis i Witalij Kliczko. Minęło więc ponad 9 lat od momentu kiedy rywalizacja      w królewskiej kategorii przestała przykuwać uwagę świata.

Chris Arreola boleśnie przekonał się kto rządzi w ciężkiej – fot. flckr.com:The Daily SportsHerald/CC

Amerykanie, przyzwyczajeni do faktu, że sukces w boksie wiąże się z występami na terenie USA oraz uznaniem ze strony amerykańskich ekspertów i publiczności, doszli do wniosku, że waga ciężka przestała istnieć. Bracia Kliczko uznawani są za zło konieczne: nie dość, że nie walczą w Stanach, to jeszcze nie dają zarabiać amerykańskim promotorom   i telewizjom!

Wszyscy czekają więc aż coś się wydarzy. Kliczkowie się zestarzeją             i odejdą, a mistrzowskie pasy wrócą do Ameryki. Błąd! Świat się zmienił i nic nie będzie takie samo. Wszystkim, którzy tęsknią za „wielkimi latami wagi ciężkiej” oznajmiam, że lata 90. dawno                   i bezpowrotnie minęły. Trylogia Holyfielld vs. Bowe się nie powtórzy, Mike Tyson nie odgryzie nikomu ucha, a Andrzej Gołota (niestety) jeszcze raz nie spierze Riddicka Bowe.

Prawdziwi kibice boksu nie powinni jednak narzekać. Królewską kategorię czekają tłuste lata; może nie z punktu widzenia rynku amerykańskiego, ale Euro już dawno stoi lepiej niż dolar. W ciągu następnego roku o swoją szansę na walkę o tytuły mistrzowskie na pewno upomną się Brytyjczycy: Tyson Fury i David Price.  Fury 1 grudnia miał zmierzyć się w oficjalnym eliminatorze WBO z Denisem Bojcowem. Price niedawno znokautował Audleya Harrisona. Ostatniego słowa nie powiedział również Derek Chisora.

Coraz większe znaczenie mają bokserzy ze wschodniej Europy. Rosjanie: Aleksandr Powietkin (WBA wyznaczyła oficjalny termin, w którym musi dojść do jego walki                z Władimirem Kliczką) i Dennis Bojcow. Bułgar Kubrat Pulew (zajmuje 4. miejsce        w rankingu boxrec) pokonał ostatnio Aleksandra Ustinowa.

Amerykanie, choć na horyzoncie nie widać kogoś kto mógłby zdominować najcięższą kategorię, mają paru obiecujących pięściarzy: Chris Arreola, jeśli zwycięży w następnym pojedynku, zyska status oficjalnego pretendenta do tytułu WBC. Seth Mitchell regularnie występuje na antenie HBO i też jest blisko walki o pas Witalija Kliczki. Na dalekim zapleczu czai się zaś Deontey Wilder, który sparował ostatnio z Władimirem Kliczką.

Żaden z wymienionych pięściarzy (za wyjątkiem Powietkina) nie przekroczył jeszcze trzydziestki. Mamy więc stado młodych wilków i każdy z nich będzie musiał prędzej czy później zmierzyć się z kimś o nazwisku Kliczko. Zanim jednak to nastąpi muszą walczyć między sobą.

Waga ciężka nie umarła w 2003 roku. Żyje i ma się dobrze. Jest po prostu inna. Nie ma w niej heroicznych bojów i pamiętnych trylogii, tylko solidni młodzi bokserzy i dwóch dominujących mistrzów. Amerykanie powinni oswoić się z tą sytuacją, bo na zmiany się nie zapowiada.

TT