Pięściarz roku 2013

plakat

fot. Floyd Mayweather Jr. flickr.com coco2night/CC

Wybór najlepszego zawodowego boksera  w 2013r. to oczywista oczywistość. Jego przewaga nad innymi jest tak duża, że trzeba się zastanowić, czy może lepiej będzie przyznać mu tytuł „superczempiona” i wybierać „regularnego” pięściarza roku?

Jeśli przyjmiemy, że boks to sztuka zarabiania pieniędzy, a najlepszy jest ten, kto wzbogacił się o najwięcej zer na koncie, to najlepszym pięściarzem tego roku musi być Floyd Mayweather Jr.

Jeśli zostawimy pieniądze na boku i zapytamy kto w ciągu minionych 12 miesięcy miał największy wpływ na boks zawodowy, odpowiedź będzie taka sama. Bez względu na przyjęte kryterium, wynik jest oczywisty. Pięściarz z Grand Rapids w Michigan jeszcze nigdy nie był tak potężny, tak wszechwładny. Czy się komuś podoba, czy nie, boks to Floyd.

I nie ma znaczenia, że jedna z dwóch walk jaką stoczył, przypominała bardziej walkę        z cieniem. „Mismatch” z Robertem Guerrero był dopiero przygrywką. Dopiero wrześniowa potyczka z Saulem Alvarezem wydobyła z Mayweathera całą wielkość. Można było odnieść wrażenie, że z rundy na rundę Floyd rośnie, widzi i umie więcej niż kiedykolwiek. Wyższość jego warsztatu nigdy nie była tak oczywista, szybkość nigdy nie była tak widoczna jak tej nocy. I choć Meksykanin nie ustępował i zostawił w ringu całe serce, to każdy ruch Floyda był wielki.

Co więcej, po wielu trudnych wizerunkowo latach, ten rok przyniósł odmianę w sposobie postrzegania Mayweatera. Niegrzeczny arogant pomału znika. Narodził się pewny siebie, odpowiedzialny i szanowany biznesmen. Floyd pokazuje innym  (zwłaszcza czarnym) bokserom, że mogą być panami własnego losu, że nie muszą oddawać połowy swojej gaży wianuszkowi promotorów i agentów. Od kiedy wymyślono walkę na pięści za pieniądze, zawodnicy byli wykorzystywani, ale dopiero na początku XXI wieku czempion   z Grand Rapids odwrócił ten porządek. Oby biznesowy sukces Floyda stał się znakiem czasów, w których to pięściarz będzie podmiotem, a nie przedmiotem tego biznesu.

Zagrożenia to m.in. brak wiarygodnych oponentów. Amir Khan w  oczach większości kibiców na pojedynek z Floydem po prostu nie zasługuje. Ale on mógłby walczyć nawet    z cieniem, a bilety i tak by się sprzedały.

***

Wybór Mayweathera na pięściarza roku jest więcej niż oczywisty. Ale tacy zawodnicy jak Timothy Bradley, Danny Garcia, Adonis Stevenson, Siergiej Kowaliew, Marcos Maidana, Giennadij Gołowkin również nie marnowali czasu. W zasadzie każdy z nich może być brany pod uwagę w tym zestawieniu:
•    Stevenson i Kowaliew ustanowili swoją pozycję jako dwóch najgroźniejszych panczerów w dywizji półciężkiej.
•    Gołowkin, w ciągu roku stał się gwiazdą HBO i już teraz w gronie jego oponentów wymienia się takie nazwiska jak: Martinez, Ward, Chavez Jr.
•    Bradley i Garcia, udowodnili, że pomiędzy kategorią junior półśrednią i półśrednią są najlepsi (nie licząc Floyda).
•    Maidana za sprawienie „niespodzianki roku” i zakończenie dyskusji pt. „czy Broner będzie następcą Mayweathera?”.

Ponieważ hegemonia Mayweathera jest niepodważalna, to może powinno się mu przyznać tytuł „superczempiona” i wybierać „regularnego” pięściarza roku?

TT

Stadionowa historia boksu

Raz na jakiś czas starcie dwóch pięściarzy staje się wydarzeniem, które skupia na sobie uwagę świata. Tylko parę pojedynków w dziejach boksu miało w sobie siłę, aby zapełnić stadion i zapisać się w historii.

Gwiazda Dawida na spodenkach

Żaden z nich nie był wówczas mistrzem świata. Mimo to Stadion Jankesów w Nowym Jorku wypełniło 65 tys. ludzi. Tego dnia reprezentowali coś więcej niż samych siebie. Max Baer i Max Schmeling stanęli naprzeciw siebie w upalny wieczór 8 czerwca 1933 roku.


Parę miesięcy wcześniej w Niemczech do władzy doszła odwołująca się do antysemickich haseł partia nazistowska. Na czarnych spodenkach Baera widniała sześcioramienna gwiazda Dawida – bokser był z pochodzenia Żydem. Schmeling był zaś postrzegany jako produkt nazistowskiej propagandy i narzędzie w rękach Hitlera. Prasa okrzyknęła walkę jako starcie dobra ze złem. Baer powiedział dziennikarzom, że uderzy tak mocno, że “wszystkich Niemców rozboli głowa, włącznie z Hitlerem”. Tamtego wieczora Schmeling nie mógł mu sprostać. Sędzia przerwał więc walkę w 10. rundzie. Kibice oszaleli z radości.

Ameryka wstrzymuje oddech

Trzy lata później Stadion Jankesów był również miejscem starcia Joe Louisa i Maxa Schmelinga. Pierwsza walka rozegrała się 19 czerwca 1936 r. Dla świata było to konfrontacja amerykańskiej wolności i hitlerowskiego totalitaryzmu. Choć faworytem wielotysięcznej publiczności był 22-letni Louis, to okazał się on jednak nieprzygotowany na starcie z doświadczonym Niemcem (był mistrzem Europy i świata). Faworyt „wolnego świata” został znokautowany w 12. rundzie. Stadion w sercu Bronxu zamarł. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi opuściło go w ciszy. Schmeling powiedział, że wygrał, czując poparcie “całego narodu niemieckiego i jego Führera”. Oddajmy mu jednak sprawiedliwość: nigdy nie był członkiem NSDAP, nie popierał nienawiści do Żydów, a jego menedżer był żydowskiego pochodzenia. Louis – Schmeling II miał miejsce dwa lata później. Sceneria była taka sama a napięcie przed walką jeszcze większe.


22 czerwca 1938 roku na stadionie Jankesów zgromadziło się ponad 70 tys. kibiców. Setki tysięcy ludzi zsiadło przed odbiornikami radiowymi. Dwie minuty i cztery sekundy pierwszej rundy wystarczyły Louisowi, aby znokautować swego arcyrywala.

Zapach krwi w Kinszasie

Dwie z trzech walk, które Muhammad Ali stoczył na stadionach były szczególnie dramatyczne. W 1963 roku stanął naprzeciw Henry’ego Coopera, a pojedynek na Wembley Stadium obserwowało 35 tys. fanów. W czwartej rundzie doświadczony Cooper trafił młodziana lewym sierpem i posadził go na deski. Ten lewy sierp pamiętają do dziś najstarsi Anglicy. Ostatecznie jednak Cooper przegrał przez TKO. Drugim „stadionowym” pojedynkiem Alego była walka z Georgem Foremanem w Zairze. Miejscem starcia była Kinszasa i jej stadion narodowy, nad którym górowało zdjęcie prezydenta Mobutu, tyrana, który nie widział różnicy między budżetem państwa a własnym portfelem. Wcześniej arena wykorzystywana była jako więzienie (na murawie wykonywano nawet wyroki śmierci). W powietrzu wciąż unosił się zapach krwi. 30 października 1974 roku 60 tys. Zairczyków przyszło dopingować Alego. Choć Foreman był młodszy i silniejszy, Ali zdominował pojedynek. Było to być może najlepsze osiem rund w jego karierze. W ósmym starciu szybka kombinacja lewy – prawy zakończyła walkę.


Największa walka w historii Meksyku

Największą publikę na stadionie w historii boksu zgromadził jednak walczący w kategorii lekkiej Meksykanin Julio Cesar Chavez. Jego znakiem rozpoznawczym był lewy “na wątrobę”. Chavez inkasował trzy ciosy, aby wyprowadzić jeden. Systematycznie obijał przeciwnika przez parę rund tak, aż tamten nie miał ochoty wychodzić do następnego starcia. W 1993 roku Chavez miał na koncie 82 walki. Wszystkie zakończył zwycięsko. Jego przeciwnikiem był Amerykanin Greg Haugen. Miejscem starcia był legendarny Stadion Azteca w Meksyku. Haugen ściągnął na siebie nienawiść widzów, kiedy powiedział, że w całym kraju nie ma tylu Meksykanów, których stać na kupienie biletu. 20 lutego 1993 roku oglądać swojego idola przyszło 136 tysięcy ludzi! Ścisk był tak wielki, że pięściarze musieli długo przeciskać się przez tłum zanim weszli do ringu.


Mali ludzie ratują boks

Boks zawodowy zniknął z otwartych stadionów na kilkanaście lat. Z powrotem wprowadzili go tam bracia Kliczko oraz człowiek, który zaczynał karierę w kategorii muszej, czyli Manny Pacquiao. Jeszcze dziesięć lat temu myśl, że bokser z niższej kategorii wagowej może nie tylko walczyć w „main event”, ale również zapełnić cały stadion wywoływała pusty śmiech. Boks zawodowy przeszedł jednak transformację, waga ciężka przestała być „królewską kategorią”, a uwaga kibiców skupiła się na zawodnikach ważących połowę tego co Lennox Lewis. W 2010 roku popularność Pacquiao stała się tak wielka, że największa nawet hala była dla niego zbyt mała. Stąd pomysł, by walczył na nowym stadionie Cowboys Stadium w Dallas. Filipiński senator walczył tam dwukrotnie (z Joshua Clotteyem i Antonio Margarito). publiczność na każdym z pojedynków przekraczała 40 tysięcy ludzi.

Postscriptum

W tej historii godny uwagi jest również polski wątek. Kiedy 10 września 2011 roku Vitalij Kliczko i Tomasz Adamek stanęli w ringu na wrocławskim Stadionie Miejskim, tworzyła się historia. Po pierwsze: był to pierwszy w dziejach pojedynek o mistrzostwo świata kategorii ciężkiej, który odbył się w Polsce. Po drugie: była to pierwsza walka o mistrzostwo świata, którą zawodnicy stoczyli na polskim stadionie. Trzeciego historycznego punktu niestety znaleźć nie można. Tomasz Adamek nie został pierwszym polskim zawodowym mistrzem świata królewskiej kategorii.

TT
(tekst w zmienionej formie ukazał się na łamach „Gazety Wrocławskiej”)

13 zdań na dobry początek

  1. Nie będziemy ścigać się z serwisami bokserskimi. Naszym celem nie jest news, a komentarz.
  2. Zamiast pytać kto, z kim, kiedy i za ile, będziemy zawsze zadawać pytania, po co, dlaczego i jak.
  3. Interesuje nas walka w ringu, ale także to, co do niej doprowadziło i co z niej wynika.
  4. Nie będziemy obiektywni, ale postaramy się być rzetelni.
  5. Będziemy pisać tylko o tym, co zobaczyliśmy (na żywo, w telewizji, w internecie, w prasie) na własne oczy.
  6. Nie będziemy kradli treści ani zdjęć.
  7. Wierzyliśmy, że Adamek może pokonać Kliczkę, ale potem dorośliśmy.

    Fot. Marco Crupi Visual Artist /CC

  8. Andrzej Gołota nie powinien wracać na ring, choć jeden z nas wciąż w niego wierzy.
  9. Jeden z nas uważa, że Pacquiao jest lepszy od Mayweathera, a drugi, słysząc taką deklarację, tylko się śmieje.
  10. Myśl, co chcesz i podziel się tym z nami. Nie jesteśmy wszechwiedzący.
  11. Nie wierzymy w zamach w Smoleńsku oraz w to, że Wałęsę do stoczni esbecy podrzucili motorówką.
  12. To nie Polacy wynaleźli lewy prosty.
  13. Blog o boksie jest potrzebny. Choćby nam.

TT/PM