Ali vs. Frazier III – Thrilla in Manila

ali-frazier-coverMark Kram był jednym z najlepszych amerykańskich dziennikarzy zajmujących się boksem. Przez lata publikował niezapomniane relacje z wielu historycznych pojedynków. Dziś przedstawiamy Wam jeden z najważniejszych tekstów Krama. Opowieść o trzeciej walce Muhammada Alego z Joe Frazierem ukazała się na łamach Sports Illustrated 13 października 1975 roku pod tytułem „Lawdy, Lawdy He’s great”.

 

Wszystko trwało może ułamek sekundy. Przemknęło przed oczami historii niczym cień – szybko i niezauważenie. Mimo to po latach właśnie ten moment zostanie zapamiętany jako obraz bezwzględnej rzeczywistości – w swojej najczystszej i najbardziej uderzającej postaci. Gdyby tej nocy Muhammad Ali mógł spojrzeć w głąb siebie, jaką prawdę by dostrzegł?

U ich stóp ścielił się czerwony dywan, a kręcone schody wiodły w stronę świateł. Wchodzili powoli: Imelda Marcos, pierwsza dama Filipin i Muhammad Ali, gość honorowy bankietu w prezydenckim pałacu Malacang. Piękna Imelda prowadziła potężnie zbudowanego mistrza świata wagi ciężkiej w kierunku podłużnego bufetu przyozdobionego ogromnym kandelabrem. Przystanęli przy bogato zastawionym stole,    a pierwsza dama zaczęła napełniać talerz mistrza. W tym właśnie momencie blask świeczek oświetlił upiorne oblicze człowieka, który zaledwie kilka godzin wcześniej musiał znaleźć odpowiedź na najtrudniejsze pytania dotyczące siebie i swojego rzemiosła.

Najbardziej szalony z egzystencjalistów, największy surrealista naszych czasów, król wszystkiego, na co spojrzał – Ali nigdy wcześniej nie wydawał się tak bezbronny         i kruchy, tak bardzo odarty ze splendoru i sławy, tak żałośnie oddalony od wszechświata, nad którym panowanie samowolnie sobie przyznał. Z wysiłkiem podnosił widelec do napuchniętych ust. Pobladła twarz kontrastowała z purpurowymi siniakami, a spojrzenie zdawało się puste i zupełnie pozbawione dawnego blasku. Prawe oko otaczała opuchlizna.  Przeżuwając w bólu kolejny kęs, na chwilę odwrócił się od światła, jakby właśnie zdał sobie sprawę z groteskowej maski, którą przybrał. Jakby sam zaśmiał się z tego widoku. Potrząsną głową i chwila uleciała.

plakatZaledwie kilka kilometrów od wspaniałego Malacang, w willi na obrzeżach Manili,               w półmroku sypialni leżał człowiek, który w pogoni za Alim zapędził się aż do tej tropikalnej metropolii nad Morzem Południowochińskim. Idealną ciszę zakłócał tylko jego ciężki oddech. Nagle stary przyjaciel wszedł do pokoju i zbliżył się łóżka.

Kto to? – zapytał Joe Frazier podnosząc się powoli.
Kto to? – powtórzył – Nic nie widzę. Zapalcie światło!

Kolejne żarówki rozświetlały pokój, ale Joe wciąż widział tylko mrok. Ten waleczny          i dumny pięściarz ucieleśniał wolę walki nigdy wcześniej nie widzianą w boksie. Wolę, która zaprowadziła go tak daleko. Z pewnością zbyt daleko. Zapuchnięte oczy nie chciały się otworzyć, twarz wyglądała jakby namalował ją sam Francisco de Goya.

Niech mnie, trafiałem go ciosami, które skruszyłyby najtwardsze mury. Słodki Jezu, musi być naprawdę wielki.

Opuścił głowę na poduszkę i po chwili ciężki oddech znów wypełnił sypialnię.

Czas z pewnością skutecznie zatrze wspomnienia tego długiego, dramatycznego poranka. Jednak wszyscy, którzy tego dnia byli w Philippine Colloseum zapamiętają moment, w którym dwóch największych pięściarzy swojej ery skrzyżowało rękawice po raz trzeci. A cały świat wstrzymał oddech.

Droga na Golgotę rozpoczęła się 1 października 1975r. punktualnie o 10:45.
To był historyczny pojedynek. Obaj walczyli na granicy zdrowego rozsądku. Muhammad Ali podsumował go później mówiąc: „To było jak śmierć. Jak nigdy wcześniej czułem jej oddech”.

Koniec części I

(tłum. Magdalena Krzysztofik, Tomasz Targański)

grafika

Zero wszechmogące

Zero w rubryce „porażki” jest cenne, ale czy warto je chronić za wszelką cenę? Jeśli wstęp na bokserski Olimp mają tylko niepokonani, to musi być to bardzo dziwne miejsce, skoro siedzi tam Sven Ottke, a Muhammad Ali musi stać pod drzwiami.

floyd

Floyd w drodze po 44 wygraną – fot. rocklive.com / CC by John Shahidi

W listopadzie 1965 roku bliżej nieznany Joey Archer pewnie pokonał legendarnego Sugar Ray’a Robinsona. Była to 19 porażka w rekordzie zawodnika, którego uznaje się dziś za jednego z najwybitniejszych pięściarzy w historii sportu. 200 walk, 19 przegranych. Jeśli w boksie naprawdę chodzi tylko o to, żeby nie przegrać, to Robinson wyraźnie nie rozumiał reguł tej gry.

Trochę historii. „Klub zero” skupia pięściarzy, którzy byli w stanie przejść na emeryturę z nienaruszonym rekordem. Najbardziej zanany przedstawiciel to Rocky Marciano. Po piętach depcze mu Joe Calzaghe. Później jednak jest już tylko gorzej: Samson Dutch Boy Gym (43-0), Sven Ottke (34-0), Michael Loewe (28-0), Edwin Valero (27-0), George Kandelaki (24-0) itd. Nie jest to raczej pierwszy sort Bokserskiej Galerii Sław.
No to jak to jest z tym „zerem” w rekordzie? Jest ważne, bardzo ważne, czy nie ma znaczenia?

To już zależy od czasów, o których rozmawiamy. Znaczenie „0” rosło bardzo powoli, ale w ostatnich kilkunastu latach po prostu eksplodowało. Przenieśmy się do XXI wieku. „44 próbowało. 44 nie dało rady” – znamy to. Od lat Floyd Mayweather Jr. powtarza, że skoro od 17 lat nie znalazł pogromcy, to musi być więc największy. „Niepokonany” to kluczowe słowo w marketingowym arsenale The Money Teamu. Słynne „0” ma ogromną siłę i prawdopodobnie jego wartość przekracza kilkanaście milionów dolarów.
Tymczasem dawne wartości, bokserski old school, mówił, że trzeba szukać wyzwań    z kategorii arcytrudnych, nawet jeśli skazują Cię na pożarcie, bo tylko takie pojedynki przechodzą do historii. Jak bardzo ucierpiałaby reputacja Sugar Raya Leonarda, gdyby nie wyzwał Marvina Haglera?  Dawniej, kiedy marketing był na usługach sportu, ale nim nie władał, nikomu by do głowy nie przyszło, by chronić pięściarza przed wyzwaniami. Te czasy oczywiście już nie wrócą. Teraz bardziej ceni się pięściarzy ze sztucznie nadmuchanymi rekordami i mistrzów, którzy pasy zdobyli na mocy decyzji federacji.

Floyd Mayweather jest wielkim mistrzem i genialnym bokserem. Ale dla dobra sportu  i przede wszystkim swojej własnej historii musi przestać wierzyć we wszechmogącą moc zera. Pozostało mu tylko 5 walk.

TT

Najlepszy „ciężki” naszych czasów?

Kto zasługuje na tytuł najlepszego zawodnika wagi ciężkiej w erze po Tysonie? Nie ma wątpliwości, że kandydat jest tylko jeden i nie jest nim Lennox Lewis. Jeśli        w ciągu kilku kolejnych lat spełni swoje plany, to chcemy tego czy nie, nie będzie innej odpowiedzi niż: Władimir Kliczko.

Kliczko? Najlepszy?!? Brzmi jak herezja? Zastanówmy się jednak spokojnie.  Do wspomnianego tytułu są tylko dwaj inni kandydaci: właśnie Lewis i Witalij Kliczko.
Witalij w 2003r. bezpardonowo zepchnął z tronu Lewisa w pamiętnej walce w Los Angeles. Nad jego karierą zaciążyły jednak: prawie 4 – letnia przerwa spowodowana kontuzją oraz przedłużające się okresy nieaktywności (jak ostatnio).
Co do Lewisa, to w okresie największej potęgi, czyli po pokonaniu Holyfielda                       i zunifikowaniu pasów, stoczył 7 walk. Panowanie Brytyjczyka nie było pasmem sukcesów: z Rahmanem przegrał przez KO, a z Vitalijem był na granicy nokautu. Ostatecznie uratowała go kontuzja Ukraińca.

wlad

fot. Creative Commons by BerlinBeyond2011

Władimir walczy często, przyjmuje wyzwanie od wszystkich możliwych oponentów. Nie unika oficjalnych pretendentów, okazując tym samym szacunek do pasów. Jest czempionem w starym, dobrym stylu.

Władimir ostatni raz przegrał 9 lat temu. A od ponad 5 jest posiadaczem trzech pasów mistrzowskich (po zwycięstwie nad Davidem Hayem do kolekcji dołączył pas WBA), których bronił dotąd 10 razy. W żadnej z tych walk nie pozostawił choć śladu wątpliwości kto jest lepszy. I choć statystyka to wyjątkowo słaby argument, a za pomocą takich wyliczanek da się udowodnić każde kłamstwo, to istnieje prawdopodobieństwo, że bazując na nieprzerwanej serii obron Władimir Kliczko przejdzie do historii jako jeden       z najwybitniejszych ciężkich.

Jego największą słabością jest coś na co niestety nie ma wpływu: jakość rywali. Kolejne obrony ukraińskiego czempiona sprowadzają się niestety do typowania rundy, w której  oponent znajdzie się „na kolankach”. Nazwiska Tonego Thompsona, Rusłana Czagajewa, czy Mariusza Wacha nie robią na nikim (szczególnie w USA) wrażenia, ale pamiętajmy, że Lewisowi też zdarzało się bronić tytułu przeciw zawodnikom wyraźnie słabszym np. Frnas Botha czy David Tua. Muhammad Ali również nie zawsze toczył heroiczne boje z Frazierem. A nazwiska kolejnych przeciwników Joe Louisa pozostają znane tylko historykom boksu.

Władimir Kliczko nie ma oczywiście szans by konkurować z żadnym z nich. Louis, Ali czy Tyson wykroczyli poza sport i zawładnęli wyobraźnią ludzi, którzy nigdy boksem się nie interesowali. Stali się symbolami swoich czasów. A z symbolami nie da się konkurować.

Najbardziej krzywdzący dla wizerunku Władimira jest fakt, że odwrócił się plecami od USA, którym wciąż wydaje się, że każdy czempion (a szczególnie w wadze ciężkiej) musi zdobyć „stempel jakości” za Oceanem. Amerykanie nie zauważyli, że świat im uciekł,      a królewska kategoria radzi sobie bez nich. Czekają na następnego Mike’a Tysona, kogoś, kto pojawi się znikąd, znokautuje „uzurpatora” i zwróci tytuł mistrza świata wagi ciężkiej jego prawowitej właścicielce: Ameryce.

Władimir ma 37 lat. Jego panowanie jeszcze się nie zakończyło. Wręcz przeciwnie, właśnie teraz będzie miał do udowodnienia jeszcze więcej. Kolejni pretendenci: Aleksandr Powietkin, a w perspektywie Tyson Fury, albo Kubrat Pulev zasłużyli na swoją szansę i nie zostali wyciągnięci z kapelusza. Jeśli Kliczko będzie boksował do czterdziestki, co biorąc pod uwagę jego profesjonalizm i sportowy tryb życia jest bardzo prawdopodobne,    zwyciężając wszystkich, którzy rzucą mu wyzwanie. Jeśli dołoży do swojej kolekcji pas WBC, który prędzej czy później odda Vitali. Jeśli, zgodnie z tym co ostatnio powiedział, zdecyduje się wystąpić na Igrzyskach w 2016r. i zdobędzie drugie            w karierze olimpijskie złoto, to czy dalej będziemy kwestionowali jego wielkość?

P.S. Dziś na ringu w Mannheim Władimir zmierzy się z Francesco Pianetą. Jeśli wygra nikt nie zwróci na to uwagi. Jeśli jakimś cudem przegra, to starania o miejsce w historii będzie musiał zawiesić na kołku.

TT

Wszyscy ludzie króla

Stara jak sam boks tradycja mówi, że każdego wielkiego czempiona otacza grupa ludzi, której jedynym zadaniem jest spełniać wszystkie zachcianki króla. Świta to skomplikowany jak szwajcarski zegarek mechanizm, gdzie każdy ma swoje zadanie: jeden trzyma ręcznik, drugi myje samochód, trzeci liczy wszystkie ciosy jakie mistrz wyprowadzi podczas treningu …

Kiedy Floyd Mayweather Jr. wchodził do ringu przed walką z Miguellem Cotto, uwagę kibiców przyciągnęła nowa twarz w otoczeniu niepokonanego pięściarza z Grand Rapids. Przyzwyczailiśmy się już, że najwybitniejszemu z klanu Mayweatherów towarzyszy raper 50 Cent, ale obecność Justina Bibera zaskoczyła wielu…

Mayweather jest jednym z ostatnich pięściarzy, którzy stworzył wokół siebie „świtę mistrza”, prawdziwy dwór wyłącznie na swoje usługi. Floyd ma nie tylko zastęp wielkich jak góry ochroniarzy, ale również człowieka, zliczającego wszystkie ciosy, które „Money” zadaje podczas treningu.

Karły i cyrk Alego

Jednym z pierwszych, którzy stworzyli wokół siebie mały dwór był Sugar Ray Robinson. Po zdobyciu po raz drugi tytułu mistrza świata, w 1951 „Słodki” wybrał się w tour po Europie. W ciągu 57 dni stoczył 7 walk, a czas między pojedynkami umilało mu 13 osób m.in. osobisty kamerdyner, masażysta, fryzjer, instruktor gry w golfa oraz karzeł, którego jedynym zadaniem było rozbawiać mistrza. Otoczenie Robinsona było na tyle liczne, że któryś z dziennikarzy określił ja mianem „entourage”,

Tradycja „świty” rozwinęła się na dobre kiedy Muhammad Ali stał się najbardziej rozpoznawalnym pięściarzem na świecie. Kiedy mistrz zjawiał się w jakimś mieście dziennikarze pisali, że przyjechał „cyrk Alego”. Ta wesoła trupa liczyła w sumie kilkanaście osób, ale najgłośniejszym z nich był Drew “Bundini” Brown. Brown pełnił funkcję cornermana, ale jego głównym zadaniem w narożniku było motywowanie mistrza pomiędzy kolejnymi rundami. To Bundini wymyślał rymowanki, które później wykorzystywał Ali, włącznie ze słynnym „Lata jak motyl, żądli jak osa”.

Na dworze Alego każdy miał swoje zadanie. Wali Muhammd, podczas treningów próbował pot mistrza i sprawdzał poziom soli. Praca Lloyda Wellsa, polegała na liczeniu przysiadów, które Ali wykonywał podczas treningów. Kiedy policzył już wszystkie pełnił funkcję doradcy biznesowego. Howard Bingham, który podążał za mistrzem niczym cień przez ponad 30 lat, był osobistym fotografem. W skład dworu „The Greatest” wchodzili również: brat Rahman, były policjant Pat Patterson, zatrudniony w roli ochroniarza oraz kwatermistrz całej ekipy Gene Kilroy.

Aaron Pryor, mistrz świata wagi lekkopółśredniej w latach 80. Miał świetny lewy sierpowy   i najgłośniejsze chyba otoczenie we współczesnym boksie. Pryor na treningi zawsze wybierał się z grupą kolegów. Kiedy mistrz pytał się „What time is it?”, wszyscy odpowiadali „Hawk time!” (Hawk, to ringowy przydomek Pryora). Wszystko byłoby pięknie, gdyby mistrz, nie dopytywał się o czas bez przerwy …

Mistrz nie chce być sam

Wśród współczesnych pięściarzy tylko Floyd Mayweather Jr. i Manny Pacquiao, osiągnęli status dający im prawo do własnej świty. Pacquao, otacza się rodakami. Grupa liczy 20 – 25 Filipińczyków, którzy piorą ciuchy, gotują, wyprowadzają na spacer psa mistrza. Podziału obowiązków nie ma, wszyscy robią wszystko – azjatycka sprawność organizacyjna nie ma widocznie zastosowania w świecie boksu. Wszędzie jest ich pełno, śpią i jedzą razem: Manny nigdy nie jest sam, bo jak mówi „lubi ludzi”.

Ostatnio, pod wpływem duchowej przemiany mistrza, do dworu dołączył pastor Jeric Soriano. Otoczenie filipińskiego senatora pęcznieje z walki na walkę, więc przed walką     z Joshuą Clotteyem na Cowboys Stadium w Teksiasie, Pacman musiał nawet wynająć specjalny odrzutowiec, aby wszystkich przetransportować.

***

Fenomen „świty” bokserów, a szczególności to dlaczego cieszący się olbrzymią popularnością multimilionerzy nie potrafią być sami, to temat na osobny wpis. Pięściarze po prostu lubią otaczać się ludźmi, którzy ich lubią. Im bardziej stają się sławni, im bardziej wierzą w to, że nie są zwykłymi śmiertelnikami, tym bardziej chcą mieć wokół siebie ludzi, którzy ich podziwiają. Może ma to coś wspólnego z psychologią? Może jednak jest coś w tym, co mówił Frank Bruno, że boks to „najbardziej samotny” sport na świecie…

TT

Stadionowa historia boksu

Raz na jakiś czas starcie dwóch pięściarzy staje się wydarzeniem, które skupia na sobie uwagę świata. Tylko parę pojedynków w dziejach boksu miało w sobie siłę, aby zapełnić stadion i zapisać się w historii.

Gwiazda Dawida na spodenkach

Żaden z nich nie był wówczas mistrzem świata. Mimo to Stadion Jankesów w Nowym Jorku wypełniło 65 tys. ludzi. Tego dnia reprezentowali coś więcej niż samych siebie. Max Baer i Max Schmeling stanęli naprzeciw siebie w upalny wieczór 8 czerwca 1933 roku.


Parę miesięcy wcześniej w Niemczech do władzy doszła odwołująca się do antysemickich haseł partia nazistowska. Na czarnych spodenkach Baera widniała sześcioramienna gwiazda Dawida – bokser był z pochodzenia Żydem. Schmeling był zaś postrzegany jako produkt nazistowskiej propagandy i narzędzie w rękach Hitlera. Prasa okrzyknęła walkę jako starcie dobra ze złem. Baer powiedział dziennikarzom, że uderzy tak mocno, że “wszystkich Niemców rozboli głowa, włącznie z Hitlerem”. Tamtego wieczora Schmeling nie mógł mu sprostać. Sędzia przerwał więc walkę w 10. rundzie. Kibice oszaleli z radości.

Ameryka wstrzymuje oddech

Trzy lata później Stadion Jankesów był również miejscem starcia Joe Louisa i Maxa Schmelinga. Pierwsza walka rozegrała się 19 czerwca 1936 r. Dla świata było to konfrontacja amerykańskiej wolności i hitlerowskiego totalitaryzmu. Choć faworytem wielotysięcznej publiczności był 22-letni Louis, to okazał się on jednak nieprzygotowany na starcie z doświadczonym Niemcem (był mistrzem Europy i świata). Faworyt „wolnego świata” został znokautowany w 12. rundzie. Stadion w sercu Bronxu zamarł. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi opuściło go w ciszy. Schmeling powiedział, że wygrał, czując poparcie “całego narodu niemieckiego i jego Führera”. Oddajmy mu jednak sprawiedliwość: nigdy nie był członkiem NSDAP, nie popierał nienawiści do Żydów, a jego menedżer był żydowskiego pochodzenia. Louis – Schmeling II miał miejsce dwa lata później. Sceneria była taka sama a napięcie przed walką jeszcze większe.


22 czerwca 1938 roku na stadionie Jankesów zgromadziło się ponad 70 tys. kibiców. Setki tysięcy ludzi zsiadło przed odbiornikami radiowymi. Dwie minuty i cztery sekundy pierwszej rundy wystarczyły Louisowi, aby znokautować swego arcyrywala.

Zapach krwi w Kinszasie

Dwie z trzech walk, które Muhammad Ali stoczył na stadionach były szczególnie dramatyczne. W 1963 roku stanął naprzeciw Henry’ego Coopera, a pojedynek na Wembley Stadium obserwowało 35 tys. fanów. W czwartej rundzie doświadczony Cooper trafił młodziana lewym sierpem i posadził go na deski. Ten lewy sierp pamiętają do dziś najstarsi Anglicy. Ostatecznie jednak Cooper przegrał przez TKO. Drugim „stadionowym” pojedynkiem Alego była walka z Georgem Foremanem w Zairze. Miejscem starcia była Kinszasa i jej stadion narodowy, nad którym górowało zdjęcie prezydenta Mobutu, tyrana, który nie widział różnicy między budżetem państwa a własnym portfelem. Wcześniej arena wykorzystywana była jako więzienie (na murawie wykonywano nawet wyroki śmierci). W powietrzu wciąż unosił się zapach krwi. 30 października 1974 roku 60 tys. Zairczyków przyszło dopingować Alego. Choć Foreman był młodszy i silniejszy, Ali zdominował pojedynek. Było to być może najlepsze osiem rund w jego karierze. W ósmym starciu szybka kombinacja lewy – prawy zakończyła walkę.


Największa walka w historii Meksyku

Największą publikę na stadionie w historii boksu zgromadził jednak walczący w kategorii lekkiej Meksykanin Julio Cesar Chavez. Jego znakiem rozpoznawczym był lewy “na wątrobę”. Chavez inkasował trzy ciosy, aby wyprowadzić jeden. Systematycznie obijał przeciwnika przez parę rund tak, aż tamten nie miał ochoty wychodzić do następnego starcia. W 1993 roku Chavez miał na koncie 82 walki. Wszystkie zakończył zwycięsko. Jego przeciwnikiem był Amerykanin Greg Haugen. Miejscem starcia był legendarny Stadion Azteca w Meksyku. Haugen ściągnął na siebie nienawiść widzów, kiedy powiedział, że w całym kraju nie ma tylu Meksykanów, których stać na kupienie biletu. 20 lutego 1993 roku oglądać swojego idola przyszło 136 tysięcy ludzi! Ścisk był tak wielki, że pięściarze musieli długo przeciskać się przez tłum zanim weszli do ringu.


Mali ludzie ratują boks

Boks zawodowy zniknął z otwartych stadionów na kilkanaście lat. Z powrotem wprowadzili go tam bracia Kliczko oraz człowiek, który zaczynał karierę w kategorii muszej, czyli Manny Pacquiao. Jeszcze dziesięć lat temu myśl, że bokser z niższej kategorii wagowej może nie tylko walczyć w „main event”, ale również zapełnić cały stadion wywoływała pusty śmiech. Boks zawodowy przeszedł jednak transformację, waga ciężka przestała być „królewską kategorią”, a uwaga kibiców skupiła się na zawodnikach ważących połowę tego co Lennox Lewis. W 2010 roku popularność Pacquiao stała się tak wielka, że największa nawet hala była dla niego zbyt mała. Stąd pomysł, by walczył na nowym stadionie Cowboys Stadium w Dallas. Filipiński senator walczył tam dwukrotnie (z Joshua Clotteyem i Antonio Margarito). publiczność na każdym z pojedynków przekraczała 40 tysięcy ludzi.

Postscriptum

W tej historii godny uwagi jest również polski wątek. Kiedy 10 września 2011 roku Vitalij Kliczko i Tomasz Adamek stanęli w ringu na wrocławskim Stadionie Miejskim, tworzyła się historia. Po pierwsze: był to pierwszy w dziejach pojedynek o mistrzostwo świata kategorii ciężkiej, który odbył się w Polsce. Po drugie: była to pierwsza walka o mistrzostwo świata, którą zawodnicy stoczyli na polskim stadionie. Trzeciego historycznego punktu niestety znaleźć nie można. Tomasz Adamek nie został pierwszym polskim zawodowym mistrzem świata królewskiej kategorii.

TT
(tekst w zmienionej formie ukazał się na łamach „Gazety Wrocławskiej”)