Olimpijski uśmiech Guillermo Rigondeaux

Zakazali boksować, nawet rozmawiać z trenerem. Wyrzucili z reprezentacji. Tylko złotych medali olimpijskich już nie oddał. Wolał przetopić. Teraz mu ich nie odbiorą.

Gullermo Rigondeaux to typowy produkt kubańskiego systemu boksu amatorskiego. Ta karaibska wyspa to jedyna w swoim rodzaju manufaktura masowo produkująca olimpijczyków i mistrzów świata. Oparty na żelaznej dyscyplinie program wybiera najzdolniejszych chłopców, koszaruje ich z dala od domu i od małego szkoli w sztuce walki na pięści. Jak w starożytnej Sparcie.O miejsce w 12 osobowej ekipie olimpijskiej walczy 19 tys. amatorów. Wewnętrzna konkurencja pomaga eliminować słabszych – bo  reprezentować Rewolucję mogą tylko zwycięzcy.

rigo 2

fot. flickr.com stoyanvassev/CC

A w zwyciężaniu Rigo był specjalistą. Ponad 260 wygranych pojedynków (nieoficjalnie ponad 400), dwukrotny złoty medal olimpijski, wielokrotne mistrzostwo świata. Wszystko to za niecałe 30 dolarów miesięcznego stypendium! Ale w krainie, gdzie wszystko jest państwowe i talent jest własnością narodu, nawet niepokonany wirtuoz nie może liczyć na zbyt wiele. Układ był prosty: propagandowy sukces, prestiż i pieniądze dla reżimu. A dla sportowców? Bezgraniczna miłość 11 mln Kubańczyków! Kiedyś to wystarczało. Zwycięstwa Teofilo Stevensona czy Felixa Savona dowodziły wyższości socjalizmu nad kapitalizmem. Obaj odrzucili propozycje przejścia na zawodowstwo           i miliony dolarów na rzecz wierności rewolucji.

Ale kubańscy pięściarze i tak mogli mówić, że mają szczęście. Byli sportową arystokracją. Fidel lubi się nimi otaczać i zapraszać na kolację. Rigo nie był wyjątkiem.     Z punktu widzenia przeciętnego Kubańczyka, nie mógł narzekać: za pierwszy złoty medal olimpijski dali mu dom, a 30 dolarów to w tym kraju niezłe pieniądze.
Teraz jednak wszystko się zmieniło. Socjalizm się skończył, a Kubańscy bokserzy stali się zwykłymi sportowcami. Chcą walczyć i zarabiać stosownie do talentu. Bić się       o prawdziwe pieniądze. Kupić duży dom z basenem, białego SUV-a i zegarek wysadzany brylantami.

W lipcu 2007r. podczas przygotowań do Igrzysk Panamerykańskich w Brazylii Rigo postanawia uciec. Niestety wpada w ręce policji. Odsyłają go na Kubę. Tam jako zdrajca   i dezerter zostaje skazany na sportową śmierć. Wyrok: oficjalny zakaz treningów               plus dożywotnie usunięcie z reprezentacji. To koniec marzeń o igrzyskach w Pekinie. Dwukrotny mistrz olimpijski nie ma nawet z kim tarczować, bo zakaz wykonywania zawodu oznacza, że wszyscy trenerzy na wyspie mają trzymać się od niego z daleka. Sparingi też są zabronione. Od czasu do czasu Rigo zjawia się w swojej Rafael Trejo Gym w starej części Hawany. Staje z dala od innych i w samotności wymierza sprawiedliwość walcząc z cieniem. Nawet tam obowiązuje zakaz rozmów ze zdrajcą.
Olimpijską emeryturę tez mu zabrali. A ojciec publicznie nazwał jego czyn haniebnym mówiąc, że syn zdradził ideę rewolucji.

rigo

fot. flickr.com by stoyanvassev/CC

Zapędzony do narożnika, dalej szukał swojej szansy w ucieczce. Latem 2009r., tak jak tysiące Kubańczyków przed nim, wyrusza w niebezpieczny rejs po Zatoce Meksykańskiej. Zasady na przemytniczej łajbie są proste i takie same dla wszystkich. Nawet najlepszy pięściarz na świecie nie może zabrać ze sobą żadnego bagażu. Tak właśnie zniknęły jego olimpijskie medale. Po Sydney i Atenach pozostał tylko szczerozłoty uśmiech, pamiątka z poprzedniego życia.

Na Kubie została jego żona i dwóch synów. Starszy, Guillermo Jr. też boksuje. Dom jest pod 24-godzinnym nadzorem policji. Rigo dzwoni          i przysyła pieniądze.
***

 
Dzisiejszej nocy Guillermo Rigondeaux wyjdzie do ringu z Nonito Donaire i stoczy najważniejszą walkę w życiu. Jak zwykle założy spodenki w kubańskich barwach narodowych i jak nigdy zarobi 750 tys. dolarów.

                  TT

Reklamy

Prawo pięści

Dopiero gdy zaczniesz trenować boks, zrozumiesz, że nie ma on nic wspólnego z bójką. Tu nie chodzi o to, by kogoś pokonać, ale o to, by nie zostać pokonanym. Nie ma chyba sportu, który tak mocno kształtuje jednocześnie ciało i charakter. Sprawdziłem to na sobie.

Pierwsza walka, jaką widziałem? Druga potyczka Andrzeja Gołoty z Riddickiem Bowem. Miałem wtedy niecałe 8 lat. Pamiętam, jak ojciec posadził mnie przed telewizorem, do którego specjalnie na tę okazję dokupił dekoder, i powiedział: „Synu, tak rodzi się historia”. Nie kłamał. Nie wiem, ile pojedynków pięściarskich widziałem od tamtej pory. Wiem za to, że czasami sobotnią noc potrafię zarwać wcale nie ze względu na świetną imprezę, ale dlatego, że gdzieś na świecie bije się dwóch gości, których nazwisk wcześniej nie słyszałem.

Popycham ogromne drzwi w budynku przy ulicy Krupniczej we Wrocławiu i wchodzę do środka. Jeszcze mogę się wycofać. Łatwiej byłoby dalej trenować w siłowni – nikt nie będzie co jakiś czas sprawdzać mojej formy. Sprawdzać – dodajmy – w bardzo bolesny sposób. Ale trzymam się decyzji, którą podjąłem. Wchodzę na salę, która wygląda, jakby kręcono na niej siódmą część zmagań Rocky’ego, i wzrokiem staram się odszukać osobę, która tu rządzi. Widziałem zdjęcie trenera w internecie, ale rozpoznaję go z innego powodu – spokój i ogromna pewność siebie emanują z każdego jego ruchu. Wszystkie moje wyobrażenia na temat tego, jak w rzeczywistości wygląda trener pięściarstwa, potwierdzają się. Podchodzę do niego i mówię, że chciałbym się czegoś nauczyć. Wskazuje mi szatnię.

Runda 1:
Gwardia Wrocław
To najstarszy klub bokserski we Wrocławiu. Działalność rozpoczął w 1948 roku. Na pierwszy sukces jego zawodników nie trzeba było długo czekać – już rok później w mistrzostwach Europy Janusz Kasperczak w wadze muszej zdobył pierwszy złoty medal po wojnie. Przez kilkadziesiąt lat istnienia klub ma swoje wzloty i upadki. Jak cały boks amatorski Gwardię dopada kryzys, przełamany w 2010 roku zaangażowaniem Grzegorza Strugały i Mariusza Cieślaka w szkolenie młodzieży. Chciałem w nim trenować, odkąd przeprowadziłem się do Wrocławia.

fot. Tomasz Woźny

Niestety, mój wiek powoduje, że do klubu, z którego wywodzą się Ludwik Denderys, Mateusz Masternak albo Jakub Goleniewski dołączyć nie mogę. Tym samym moje szanse na wymarzone mistrzostwo olimpijskie maleją do zera. Spóźniłem się jakieś 10 lat. Na szczęście nie jestem jedyną osobą na świecie, która obudziła się za późno. Dla takich jak ja wymyślono treningi komercyjne. Trzy, cztery razy w tygodniu ponad godzina na sali bokserskiej pod okiem utytułowanego byłego pięściarza. Biorę w ciemno.

Runda 2:
Prawdziwe historie
„Jeśli w boksie jest jakaś magia, to jest to magia walki ponad granicami. To magia ryzykowania wszystkiego dla marzeń, których nie dostrzega nikt poza tobą” – dobrze pamiętam fragmenty z filmu „Za wszelką cenę” Eastwooda, które starały się powiedzieć, czym właściwie jest boks. Upraszczając sprawę, każdy film o pięściarstwie mówi to samo. Pokazuje, jak samotny jest człowiek, który próbuje pokonać własną niemoc w imię czegoś, czego nikt inny nie potrafi zrozumieć. Podczas walki nie szukasz słabości rywala, lecz starasz się odnaleźć własną – by ją wyeliminować i nie pozwolić, by wykorzystano ją przeciwko Tobie. Za każdym stoi jego historia.

Na sali wszyscy prezentują wysoki poziom. Przyglądam się każdemu w myśl zasady,
że najwięcej można nauczyć się, podpatrując lepszych od siebie. Spośród wszystkich wyróżnia się Damian Wolniak. Na środowym treningu kondycyjno-siłowym po dwóch obwodach wygląda, jakby właśnie oderwano go od czytania książki, gdy ja ledwo łapię oddech i jestem cały mokry od potu. Damian to maszyna. Wydaje mi się, że gdyby tylko naszła go na to ochota, mógłby mnie zabić. Ale zabić mnie nie chce; zamiast tego już po pierwszym treningu podchodzi do mnie i pyta, czy mi się spodobało. W ciągu następnych tygodni nie odmawia pomocy. Zresztą nie tylko on – gdy na stronie internetowej Gwardii przeczytałem, że treningi prowadzone są w przyjaznej atmosferze, uznałem to za zwykły motywator. Okazało się to jednak prawdą – już po kilku treningach czujesz, że należysz do jakiejś wspólnoty; że jesteś wśród ludzi, którzy mają ten sam cel, co Ty. Nauczyć się boksować, poprawić swoją formę. Wykształcić w sobie charakter boksera. Znajdziesz wśród nich młodych chłopaków, dziewczyny, facetów przed sześćdziesiątką.

fot. Tomasz Woźny

Już po miesiącu czuję, że zrobiłem postępy. Mój lewy prosty, najważniejszy cios w boksie, zaczyna funkcjonować tak jak trzeba. Podczas piątkowych sparingów zadaniowych, które wykonujemy na 1/3 siły, czuję, że czasami ten lewy prosty trafia kumpla tam, gdzie powinien. Kumpel mówi o tym Damianowi. Umawiam się więc z Damianem na kolejny sparing… i dowiaduję się, że mój lewy prosty nic nie znaczy. Po trzech rundach nie mam siły. Obrywam ciosy na korpus, gdy zasłaniam głowę, i ciosy na głowę, gdy bardziej chronię korpus. Lewy sierp dochodzi celu – przez moment staram się przypomnieć sobie, jak się nazywam. Damian wyciąga rękawicą ochraniacz na szczękę i mówi: „Trafiam tylko tam, gdzie się odsłaniasz. Trzymaj gardę”. Więc trzymam gardę.

Trudno mi uwierzyć w jego zapewnienia, że trenuje dopiero od 4 lat, i to z roczną przerwą. Wygląda, jakby urodził się na sali bokserskiej, jakby to na niej spędzał każdą wolną chwilę. Gdy pytam go o powody tej przerwy, odpowiada, że nie mógł się odnaleźć po śmierci swojego pierwszego trenera Mariana Rudego. To brzmi nieprawdopodobnie, ale wiem, że jest prawdziwe. „Trenuję nie dla siebie, a dla niego” – tłumaczy Damian. Między trenerami a pięściarzami często rodzą się relacje ojciec – syn. Damianowi brakowało ojca, więc odnalazł go w swoim nauczycielu. Utwierdza mnie to tylko w przekonaniu, że dla niektórych boks to coś więcej niż zwykła bójka. Ale o tym możesz się przekonać dopiero, gdy zaczniesz trenować.

Runda 3:
Trening boksera
Floyd Mayweather Jr., bokser, którego wszystkie walki znam na pamięć, potrafi obudzić się w środku nocy i zacząć trenować. Bernard Hopkins, najstarszy mistrz świata w historii, przez dwa lata chodził z piłką przyciśniętą brodą do klatki piersiowej, by wyrobić w sobie nawyk niskiego trzymania głowy. Mike Tyson odkrył w więzieniu, że karaluchy są świetnym źródłem białka. Gdyby wypytać bokserów o ich zwyczaje treningowe, można by dowiedzieć się wielu dziwnych i ciekawych rzeczy.

Treningi komercyjne, prowadzone przez Dimę Lenkova, 7-krotnego mistrza Białorusi, odbywają się trzy, czasem cztery razy w tygodniu. W poniedziałek w parach ćwiczymy kombinacje ciosów. Jedna osoba z pary wciela się wtedy w rolę trenera i ustawia rękawice, jakby były tarczami. Po gwizdku oznaczającym koniec 3-minutowej rundy trener przedstawia kolejną kombinację. Dwa lewe proste, prawy na dół. Lewy na lewy. Lewy prosty, zejście, prawy na dół, lewy sierp. Potem kilka rund na worku, skakanka, rozciąganie i kilkanaście minut doskonalenia techniki przed lustrem. Po godzinie jedyne, o czym marzysz, to prysznic, woda i posiłek, którym uzupełnisz zapasy glikogenu w mięśniach. O ile wciąż o jakichś zapasach może być mowa.

Środa to trening kondycyjno-siłowy. Kilkanaście (bywa, że nawet i 24) stacji. Typowo bokserskie ćwiczenia, jak uderzanie młotem w oponę albo pompki z piłką lekarską, składają się na dwa obwody. Pierwszy wykonujemy w rytmie: 30 sekund ćwiczenie, 30 sekund odpoczynek. Drugi skracamy o połowę. Na początku kusiło mnie, by trochę oszukiwać: zacząć sekundę, dwie później i kilka sekund wcześniej kończyć. I z 1/4 minuty robi się 5 sekund. Ale to na nic: możesz oszukać trenera, wszystkich wokół, ale nie siebie. Każda urwana sekunda wydłuża o godziny Twoją drogę do celu, do lepszej formy. Wszystkie ćwiczenia wykonujemy z małym obciążeniem, ale w wysokim tempie. Co z tego, że jesteś w stanie wycisnąć – siedząc – sztangę, na którą założyłeś kilka ciężkich talerzy, skoro czujesz pieczenie w obręczy barkowej po paru minutach wyprowadzania lekkich ciosów? Po dwóch pełnych obwodach następuje chwila przerwy, po której masz ochotę pójść do szatni, ale zamiast tego owijasz dłonie bandażami, nakładasz rękawice i podchodzisz do worka, w który uderzasz przez 10 półminutowych rund. Jeszcze bardziej marzysz o szatni, ale wybierasz skakankę, później rozciąganie, chwilę walki z cieniem. Chyba nigdy po takim treningu nie spałem krócej niż 9 godzin.

fot. Tomasz Woźny

Piątkowy trening to 6 rund sparingu zadaniowego. Zasadą jest, by uderzać maksymalnie na 1/3 siły (prawą ręką). To dlatego nie nosimy ochraniaczy na głowę. Poza tym jesteśmy tu po to, by się czegoś nauczyć, a nie po to, by się bić. Przez kilka miesięcy nie spotkałem się z sytuacją, w której ktoś celowo chciał zrobić komuś krzywdę. Trudno mi ją sobie nawet wyobrazić. Oczywiście, sparujemy mocniej i w kaskach, ale generalna zasada nigdy się nie zmienia.

Jeśli trening odbywa się też w sobotę, powtarzamy na nim ten środowy, ale zmniejszając obciążenie. Po wykonaniu dwóch obwodów doskonalimy z trenerem technikę. Pozostałe dni to albo regeneracja, albo trening siłowy lub kondycyjny we własnym zakresie. Początkowo po każdej sesji na Gwardii byłem następnego dnia tak zmęczony, że nawet nie myślałem o żadnej aktywności fizycznej. Ale w pewnym momencie doszło do tego, że około godziny 19. organizm stawał się dziwnie niespokojny i domagał się wysiłku. Zacząłem więc w dni „wolne” odwiedzać siłownię, by trenować dynamicznie w wysokim tempie z małym obciążeniem, biegać (10 km) lub pływać na basenie (60 minut). Przestałem też rozstawać się ze skakanką, a Gonna Fly Now z Rocky’ego ustawiłem jako budzik w telefonie.

Runda 4:
Proste zasady
Przed każdą walką sędzia ringowy zaprasza bokserów na środek ringu i przypomina im, że mają ochraniać się przez cały czas. Do tej zasady sprowadza się cały boks. Pamiętaj o niej, a wszystko będzie dobrze. I nie zapomnij o zadawaniu ciosów – bez tego nie wygrasz walki. Od zawsze chcę to słynne „Protect yourself at all times” usłyszeć na własne uszy.

Z głośników leci soundtrack do Rocky’ego i Kickboxera. Podczas przerw między rundami albo kolejnymi ćwiczeniami muzyka motywuje Cię, by nie rzucić rękawic w kąt. Ale gdy przerwa się kończy, przestajesz ją słyszeć. Musisz maksymalnie się skupić, by nie popełnić błędu. Jak ten najprostszy, czyli ustawienie nóg w jednej linii. Takie ustawienie powoduje, że łatwiej Cię przewrócić, więc rozstaw stopy szerzej, zwracając uwagę na to, by podczas zginania nóg oba kolana kierować „do wewnątrz”. Pamiętaj, że to nogi rządzą korpusem, a nie na odwrót. Cały czas trzymaj gardę i pilnuj się, by wrócić do pozycji od razu po zadaniu ciosu. To właśnie w tej chwili jesteś w największym niebezpieczeństwie – chwila nieuwagi i narażasz się na kontrę, która może skończyć zabawę. Takich informacji podczas pierwszego treningu usłyszałem jeszcze wiele. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, iż przydałby się notatnik i długopis, by to wszystko spisać. Trener co chwila mnie poprawiał, a ja zastanawiałem się, jak trudno wyprowadzić cios! Często podczas oglądania walk nabijałem się z bokserów. Ale gdy po kilku treningach złapałem się na tym, że zapominam zadawać cios z wydechem, zrozumiałem, że boks wcale nie jest łatwy.

Ostatni gong
Zaczepia mnie jakiś gość. To ten moment, w którym mam ochotę sprawdzić, czego nauczyłem się na Gwardii. Więc sprawdzam: nauczyłem się, że czasami nie warto wyprowadzać ciosu.

PM
(Tekst w zmienionej formie ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Men’s Health” nr 02/12, s. 52-59).

PS. Treningi w Gwardii Wrocław: http://boksgwardia.pl/
strona MH: http://www.menshealth.pl/

Materiał „przedrukowany” za zgodą w celach promujących boks, a nie zarobkowych.

Tak to wyglądało w papierze:

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.