Szpilka stracił, Mollo zyskał

Szpilka wszedł do ringu, jakby zwycięstwo było mu już dane. Mollo szybko sprowadził go na ziemię, posłał dwukrotnie na deski i był blisko sprawienia wielkiej  niespodzianki.

Jeśli ciągle jeszcze ktoś jest pod wrażeniem nokautu, jaki w 6. rundzie Artur Szpilka zafundował Mike’owi Mollo, to polecam żeby obejrzał ten pojedynek jeszcze raz          w całości. Mówiąc szczerze, Szpilka był o krok od porażki na punkty. Debiut na dużej scenie za oceanem (gala była transmitowana przez ESPN3) wypadł naprawdę blado.

"Artur Przyszpilony" - Fot. flickr.com / justmakeit / CC BY-NC 2.0

Artur „przyszpilony” – Fot. flickr.com / justmakeit / CC BY-NC 2.0

Szpilka wydawał się zmęczony. W czwartej  i piątej rudzie słaniał się na nogach i parę razy lądował na kolanach. Ciosy Artura nie robiły na rywalu wrażenia; Mollo parokrotnie trafiony czysto, po prostu szedł dalej naprzód.

Błędy, które Polak wciąż powtarza, widać chyba gołym okiem. Nokdaun z czwartej rundy jest na to najlepszym dowodem. Jeden z najbardziej cenionych trenerów       w USA i komentator ESPN Teddy Atlas określił styl naszego ciężkiego jako: „broda w górę, ręce w dół”.

Ale ten wpis nie będzie w całości o zawodniku z Wieliczki. Ten wpis będzie                       o prawdziwym bohaterze wczorajszego wieczoru. A jest nim Mike Mollo. Zawodnik      z Chicago zdobył uznanie komentatorów i kibiców. Nie wyszedł do ringu po wypłatę, zaprezentował wyjątkową wolę walki i odwagę. On był agresorem, rozbity, zakrwawiony, szedł do przodu i był o krok od sprawienia sensacji. Potrafił przycisnąć faworyzowanego rywala do lin, a w czwartej rudzie przejął kontrolę nad wydarzeniami. Gdyby nie kontuzja, która sprawiła, że Amerykanin niewiele widział, mogło to się skończyć inaczej. Biorąc pod uwagę, że nie walczył od ponad 2,5 roku. Biorąc pod uwagę, że warunkami fizycznymi zdecydowanie ustępował Polakowi, ten skazywany na pożarcie (również przeze mnie) Mollo, dał naprawdę świetną walkę.

Jeśli wczorajszy pojedynek obserwował któryś z liczących się promotorów albo menadżerów stacij telewizyjnych, to na pewno bardziej docenił walecznego Amerykanina.

Najlepszym podsumowaniem tej walki i zarazem kubłem zimnej wody na głowy wszystkich tych, którzy koronowali już Szpilkę na następnego mistrza świata, niech będą słowa Dana Rafaela, najbardziej cenionego dziennikarza zajmującego się boksem         w USA: „Szpilka to nic wielkiego”.

TT

Reklamy

Nie zawracajmy Wisły szpilką

Szpilka vs. Mollo to słaba walka, a Mollo to słaby przeciwnik. Po co więc z nim walczyć? I jak to się ma do „mistrzowskich ambicji” boksera z Wieliczki?

Dziś na gali w USA Artur Szpilka zamierzy się z Mikiem Mollo. Mówiąc delikatnie: to nie jest najtrudniejszy sprawdzian w karierze Polaka. Nie sądzę, żeby Mollo był w stanie przetrwać więcej niż trzy, cztery rundy. Powiem więcej, Szpilka powinien go znokautować szybciej. Przy okazji nie dajmy sobie wmówić, że Polak dzięki tej walce zaczyna budować w Ameryce swoją karierę.  Co prawda podczas gali podopieczny Fiodora Łapina będzie miał okazje zaprezentować się promotorom, dziennikarzom sportowym       i szefom stacji telewizyjnych. Ale to nie oznacza, że ktoś podejdzie do niego i zaproponuje żeby walczył na antenie ESPN. Na to trzeba pracować lata. Trzeba walczyć w Stanach i to walczyć z kimś lepszym niż ważący 135 kg David Saulsberry.

Mollo to słaby przeciwnik. W zawodowej karierze wyszedł mu tylko jeden prawy sierp, którym znokautował Kevina McBridea. Większe wyzwania go przerastały. Dlaczego więc wybór padł na niego? Raczej nie ze względów sportowych. Mollo nie walczył 2,5 roku, a ostatnio zajmował się wychowywaniem dzieci. Być może Andrzej Wasilewski pomyślał, że jego nazwisko jest choć trochę znane polskim kibicom, bo dawno, dawno temu Mollo walczył z Andrzejem Gołotą. Po drugie Illionis to jego rodzinny stan. Podsumowując: Mollo nie jest zawodnikiem, z którym powinien walczyć ktoś nazywany przez kibiców „następnym mistrzem świata”.

Jeśli Szpilka go dziś nie znokautuje, dostarczy tylko amunicji krytykom powtarzającym, że jest przereklamowany. A naprawdę jest. I to w większości nie z własnej winy. Trzeba uczciwie powiedzieć, że bokser z Wieliczki pokornie powtarza, jak wciąż się uczy i jak wiele pracy jeszcze przed nim. Nadmuchiwanie balona pod nazwą „Artur Szpilka mistrzem świata” zawdzięczamy, tym wszystkim niedzielnymi kibicom, którzy nie widzą różnicy między MMA i boksem oraz dziennikarzom, którzy (pod wrażeniem tego, że Szpila siedział w więzieniu) zrobili z niego celebrytę i prowokują pytaniami np. o Adamka.

Chcielibyśmy oceniać Artura Szpilkę tylko i wyłącznie pod kątem osiągnięć sportowych. A tutaj jest bardzo słabo. Z jednej strony mamy Szpilkę, który powtarza, że chce być mistrzem, a kibice już dawno przyjęli, że tylko kwestia czasu. Z drugiej jest: 12 walk i tylko jeden przeciwnik (Jameel McCline), który dawno temu ledwie otarł się   o czołówkę wagi ciężkiej. Jeśli mamy traktować poważnie to całe gadanie o „mistrzowskich ambicjach”, to ta dysproporcja musi się zmienić. Niestety walka z Mollo zmiany nie zapowiada.

TT