Lewy na lewy typuje: Rios vs. Alvarado II

Jeśli myślicie, że boks umarł i lepiej oglądać KSW 17, niż zarywać noc dla jakiejś gali za Oceanem, to koniecznie obejrzyjcie sobotnią walkę Brandona Riosa z Mikem Alvarado. Zmienicie zdanie.

Walka tych dwóch pięściarzy to pewny przepis na młóckę do upadłego. Już po pierwszych sekundach cała taktyka wylatuje oknem i kończy się na klasycznej walce kogutów. Zejścia, uniki i inne nowinki techniczne – to wszystko nie dla nich. Jeśli masz ochotę na wysublimowany boks, to radzę obejrzeć pojedynek Andre Warda z Chadem Dawsonem.

W pierwszej walce technicznego boksu było tyle co nic. Choć Alvarado, przygotowując akcję lewym prostym, przynajmniej próbował boksować z dystansu. Ale wystarczyło parę celnych cisów ze strony Riosa, aby emocje wzięły górę i obaj trzymali nogę na gazie aż do końca. Rios to typowy puncher (pseudonim „Bam Bam”), z siłą w obu rękach. Poprzednia walka była jego pierwszym pojedynkiem w kategorii 140 funtów. Zwycięstwo jest więc tym cenniejsze, że pokonał twardziela, który w tej kategorii wagowej spędził kilka lat.

Brandon_Rios_vs._John_Murray

Brandon Rios w pojedynku z Jonathanem Murry fot. wikimedia commons

Po nadchodzącym pojedynku trudno spodziewać się czegoś innego. Mimo to jeśli Alvarado spróbuje kontrolować dystans, wykorzysta całą powierzchnię ringu i nie wda się w walkę w „budce telefonicznej”, to istnieje szansa, że wynik będzie inny niż w październiku ubiegłego roku. Nie postawiłbym jednak na to swoich pieniędzy. Natura wojownika pewnie znowu weźmie w nim górę i będziemy świadkiem bezlitosnych wymian.  Stawka jest wysoka: zwycięzca może liczyć na kogoś z pary: Bradley – Prowodnikow, albo Pacquiao – Marquez (Rios był już przymierzany do walki                      z Pacmanem, ale Juan Manuel Marquez miał inne plany).

Nasze typy:

P.M.: Obaj dali z siebie wszystko w pierwszej walce i to Rios był górą. Nie widzę powodu, dla którego tym razem miałoby być inaczej. Rios przełamał Alvarado, ma w repertuarze więcej zagrań, zwycięży przez nokaut w drugiej części walki. A szkoda, bo zwycięstwo Alvarado dałoby nam nadzieję na trylogię.

T.T.: Zwycięży Rios. Odporność na ciosy i wytrzymałość kondycyjna są po jego stronie. Nie przypuszczam żeby Alvarado był w stanie go czymś zaskoczyć. Techniczny nokaut  w późniejszych rundach dla „Bam Bama”.

TT

Dlaczego Pacquiao nie myśli o emeryturze?

Po najbardziej dotkliwej porażce w karierze, poniesionej w dodatku z rąk swojego arcyrywala, wielu zastanawia się co dalej z Mannym Pacquiao? Jedynym, który nie ma wątpliwości co robić, jest sam Pacman. On wie, ze będzie walczyć dalej.

Manny tarczuje - fot. Flickr.com by roger alcantara/CC

Manny tarczuje – fot. Flickr.com by roger alcantara/CC

Starzejący się piłkarz, nie biega już tak szybko i co najwyżej zostaje okiwany przez młodszego przeciwnika; koszykarz zalicza więcej strat i coraz rzadziej popisuje się efektownymi wsadami; najboleśniej            o upływającym czasie przekonują się jednak pięściarze. Ci, którym się poszczęściło siadali zrezygnowani w swoim narożniku, bo trener nie pozwolił im wyjść do następnej rundy, prawdziwi pechowcy padali nieprzytomni na deski. Boks jest sportem dla dumnych ludzi, dlatego to upokarzające uczucie siedzi w nich jak zadra. Nie chcą się poddawać. Próbują wracać, a potem jeszcze raz i jeszcze raz.

Nie wiem, czy Manny Pacquiao pójdzie tą drogą. Ale kiedy zobaczyłam jak po idealnym prawym sierpie runął na ziemię jak ścięty i przez parę minut nie dawał znaku życia, pomyślałem „powinien odejść”.

Nazajutrz największe serwisy sportowe pytały „czy to koniec Mannego Pacquiao?”. Odpowiedzi udzielił sam bokser, mówiąc w rozmowie z telewizją HBO, że chce walczyć dalej i „jeśli będzie taka możliwość”, to chętnie jeszcze raz zmierzy się                    z Marquezem. Nie powinno nas to dziwić. Pacquiao ma co najmniej kilka powodów, aby nie myśleć jeszcze o zawieszeniu rękawic na kołku.

Po pierwsze: Pacman jest prawdziwym wojownikiem, który dzięki własnej determinacji przebył drogę od slumsów Manili do fotela senatorskiego. Zawdzięcza boksowi wszystko, co osiągnął w życiu, dlatego nie zostawi go tak łatwo. Co innego miałby robić? Eksperci mówią, że może poświęcić się polityce, że może boks przestał go już bawić i myśli o fotelu prezydenckim. Może. Ale jeśli oczekujecie, że Manny Pacquiao zakończy teraz karierę, zamieni salę treningową na salę obrad senatu i mając 33 lata będzie występował w reklamach, filmach albo zacznie nagrywać kolejne płyty, to żądacie żeby stał się kimś kim nie jest.

Po drugie: pieniądze. Na pewno odgrywają ważną rolę w decyzji o kontynuowaniu kariery. Pacquiao prowadzi wystawny tryb życia, sporo wydaje i zawsze będzie ich potrzebował. A co może przynieść więcej pieniędzy niż…

Rewanż. Pacquiao vs. Marquez V? Właśnie! Pierwszą rzeczą jaką Pacquiao zrobił po opuszczeniu szpitala, było obejrzenie nagrania z walki. Chciał „sprawdzić gdzie popełnił błąd”. Nie wierzę, żeby oglądał powtórkę i nie myślał o zemście. Choć ani Pacquiao ani Marquez tego nie planowali, rywalizacja między nimi zdefiniuje ich kariery. Będzie trwać tak długo, jak długo będą mieli sobie coś do udowodnienia. A czwarta walka dostarczyła więcej pytań niż odpowiedzi.

 TT

Pytania o doping nad walką roku

Po sensacyjnym nokaucie na Mannym Pacquiao, Juan Manuel Marquez stał się obiektem pytań o doping. Meksykanin zapewnia, że jest czysty. Ale teorie spiskowe robią zawrotną karierę, bo po prostu nie sposób sprawdzić czy mówi prawdę.

cios

„Perfect punch” fot. flickr.com by jaynometry/CC

Nie zamierzam odbierać Marquezowi laurów za największe zwycięstwo w jego karierze. Czekał na ten moment od 2004 roku. Każdy, kto zna się na boksie wie, że „idealne ciosy” się zdarzają o czym ostatnio przekonali się Paul Williams, czy Ricky Hatton. Meksykanin wygrał, bo jest lepszym bokserem.

Pytania, które krążą wokół sobotniej walki dotyczą nie samej walki, ale tego, co stało się z Marquezem w ciągu ostatniego roku. Co do jednego nie może być wątpliwości: od czasu zatrudnienia „Memo” Hernandeza jako trenera od przygotowania fizycznego, ciało Meksykanina przeszło zdumiewającą transformację. Tymczasem przeszłość Hernandez jest bardzo złowroga: zaopatrywał Marion Jones, Maurica Greena i innych sportowców w EPO i hormon wzrostu; potem jako skruszały świadek postanowił zeznawać przeciw nim na korzyść prokuratury. Tyle wiemy na pewno. Reszta to tylko domysły.

Barki, mięśnie karku i klatki piersiowej – tam Marquez przebudował swoje ciało. Nie chodzi jednak o kilogramy, które zyskał, bo to nie one wygrywają walki. Chodzi             o różnicę w sile uderzenia. Byłem zszokowany, że Marquez jest silniejszy od Pacquiao, widać to było po pierwszym nokdaunie. W każdej z poprzednich trzech walk Marquez trafiał równie czysto, zawsze bez skutku – po prostu nie miał siły rzucić swojego arcywroga na deski. Biorąc pod uwagę całą karierę: Marquez nigdy nie dysponował taką siłą, nie nokautował jednym ciosem, w większości zwyciężał dzięki zabójczo precyzyjnym kombinacjom. Kończący cios z 6 rundy: wyprowadzony idealnie w tempo, miał prawo ściąć Pacquiao z nóg. Znowu wracamy jednak do punktu wyjścia: nigdy wcześniej Marquez nie był uważany za pięściarza, który jest w stanie wprawić przeciwnika w sen jednym ciosem. Pytanie, które nie daje mi spokoju brzmi: czy w wieku 39 lat można zbudować taką muskulaturę, tak wyraźnie zyskać na sile, zachowując przy tym szybkość i dynamikę? I dlaczego stało się to akurat pod okiem kogoś o reputacji „Memo” Hernandeza?

Kadry z Pacquiao - Marquez III, fot. flickr.com by Nobong/CC

Kadry z Pacquiao – Marquez III, fot. flickr.com by Nobong/CC

Marquez cały czas powtarza, że jest czysty i „wyniki jego testów zawsze były negatywne”.  Z całym szacunkiem dla Meksykanina, ale dokładnie to samo może powiedzieć Lance Armstrong. Biorąc pod uwagę standardowe testy, zalecane przez stanowe komisje bokserskie, bez przeszkód przeszliby je Marion Jones, Tim Montgomery, a może nawet niektóre pływaczki z NRD. W boksie zawodowym dla kogoś kto ma pieniądze i wie jak ukryć doping, ryzyko wpadki równe jest zeru!

Problemem nie jest to, że Marquez był w stanie jednym ciosem wprawić Pacmana          w narkozę. Problemem jest to, że obecnie każdy bokser może być na dopingu, bo jakość i częstotliwość  testów jest po prostu śmieszna (o czym pisaliśmy tutaj). Przed Pacquiao – Marquez IV nie było żadnych testów, komisja stanu Nevada przeprowadziła tylko jedno badanie moczu po walce.

Jedynym bokserem, który na własną prośbę poddał się rygorom WADA i jest badany       w trybie olimpijskim to: … nie, nie Floyd Mayweather Jr., ale Nonito Donaire. Testy olimpijskie oznaczają zgodę na badanie krwi i moczu zawodnika 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu i 365 dni w roku (a nie tylko podczas obozu przygotowawczego). Wracając do Marqueza, nie wiem, czy korzystał z niedozwolonych substancji. Wiem, że z łatwością mógł. Jak każdy bokser.

Czy rzucając na Meksykanina podejrzenia wyrządzamy mu krzywdę. Na pewno tak. Problem jednak w tym, że w tej sytuacji, nie da się dojść prawdy. Pytania o doping będą wracać, bo Marquez po prostu nie ma jak udowodnić, że jest czysty.

TT

Lewy na lewy: Pacquiao i Marquez skazani na siebie

W sobotę Manny Pacquiao i Juan Manuel Marquez staną naprzeciw siebie po raz czwarty. Czy wreszcie ktoś padnie na deski i na nich zostanie? Kto znajdzie  sposób na wyjście z klinczu i zadanie rozstrzygającego ciosu?

Fot. flickr.com /CC audiovisualjunkie

Fot. flickr.com /CC audiovisualjunkie

Dotychczasowe pojedynki nie wyłoniły zdecydowanego zwycięzcy; choć Pacquiao wygrał dwukrotnie a raz padł remis, to równie dobrze Meksykanin mógł wygrać wszystkie trzy walki. Jeśli cenisz walkę z defensywy, widziałeś zwycięstwo Marqueza; jeśli uważasz, że nie można zwyciężyć, walcząc cały czas na wstecznym, musiałeś wybrać Pacquiao.

Wariant 1: pozycyjna wojna na pięści
Sceptycy mówią, że nic się nie zmieni i nie ma co liczyć na rozstrzygnięcie. Ci dwaj walczyli już przecież trzy razy, stoczyli w sumie 36 zaciętych rund i nic. Starego psa nie da się nauczyć nowych sztuczek a Marquez i Pacquiao znają się na tyle dobrze, że są w stanie wzajemnie zneutralizować swoje atuty. Kontrujący styl Marqueza dokonał prawdziwego cudu: udało się wejść pod skórę Pacquiao tak mocno, że ten zmienił styl walki; zaprzestał huraganowych ataków, zaczął boksować ostrożnie, a nawet zachowawczo. Pozbawiony swojego największego atutu Pacquiao, jest jak drapieżnik bez kłów: może przez 12 rund gonić zwierzynę po ringu, ale nie jest w stanie zadać decydującego ciosu. Marquez również nie podejmie ryzyka, bo wierzy, że tylko ostrożny boks i celne kontry mogą dać mu upragnione zwycięstwo. Pacquiao – Marquez III był najtrudniejszy do punktowania, bo nie było dramatycznych wymian, nokdaunów i obaj przeboksowali 12 rund na mniej więcej równych warunkach. W takich okolicznościach Marquez był najbliższy zwycięstwa i nie zdziwiłbym się gdyby Meksykanin pomyślał „teraz zrobię to samo, ale jeszcze lepiej”. Rozsądek mówi więc, że tym razem będzie podobnie. Pacquiao i Marquez są jak zamek błyskawiczny, ich zalety i wady idealnie się zazębiają. To równania o sumie zerowej.

Wariant 2: wojna błyskawiczna
Weźmy jednak pod uwagę inny scenariusz: pat nie może trwać wiecznie i coś musi się zmienić. Któryś z tej dwójki powinien więc zrobić coś, co zakłóci równowagę sił. To może być detal, nieznacząca na pozór zmiana, ale jeśli dostanie się w tryby, to mechanizm się zatrze.

Przed walką Marquez mówił, że tym razem musi walczyć inaczej, by nie pozostawić wszystkiego w rekach sędziów. Pięściarz w wieku 39 lat nie jest zdolny stać się kimś, kim nie jest. Meksykanin, to bardzo inteligentny, klasyczny bokser, który doktoryzował się w obracaniu agresji przeciwników na swoją korzyść. W tym jest najlepszy. Byłby więc głupi, gdyby na własną prośbę pozbawił się tego atutu.
Jedynym, który może zmienić dynamikę walki, jest moim zdaniem Pacquiao. Jeśli Pacman wyjdzie do ringu z przekonaniem, że Marquez nie jest w stanie go zranić            (a moim zdaniem jest tego pewny), to może mu to dać psychologiczną przewagę. Filipińczyk ma tym razem nóż na gardle. Wie, że kolejny wyrównany 12 – rundowy pojedynek może się skończyć porażką na punkty. Co powinien zrobić? Odnaleźć w sobie dawną agresję, jak z pierwszej rundy pierwszej walki. Nie bawić się w szermierkę na pięści; zapłacić frycowe, przyjąć dwa, trzy ciosy aby trafić jednym mocnym. Słowem przypomnieć sobie co w boksie wychodziło mu najlepiej.
Pytanie, czy Pacquiao jeszcze to potrafi? Nie chodzi o umiejętności. To bardziej kwestia stanu umysłu niż możliwości ciała. Może Filipińczyk ma już po prostu dość wojen na pięści? Jest supergwiazdą, milionerem i senatorem z ambicjami na fotel prezydencki. Może dotknęła go najgroźniejsza z chorób, na które może zapaść pięściarz; dał się ucywilizować.

P.s. Podtrzymuję swoje zdanie z poprzedniego wpisu i całkowicie bezpodstawnie wierzę w zwycięstwo Pacquiao przez KO.

TT

Jak wyjść z klinczu, czyli Pacquiao vs. Marquez IV

8 grudnia Manny Pacquiao i Juan Manuel Marquez zmierzą się po raz czwarty. To doskonała okazja, aby zadać sobie pytanie: dlaczego najlepszy pięściarz minionej dekady nie może złamać doświadczonego Meksykanina.

Film poniżej pozwala zrozumieć dlaczego Pacman na tle Marqueza wypada tak słabo. Powodów jest naprawdę wiele. Począwszy od oczywistych błędów w obronie Mannego, jak ciągłe opuszczanie lewej ręki, po idealne czucie dystansu przez Meksykanina. Pacquiao, aby zaatakować, musi podbiegać do przeciwnika, bo Marquez jest zwykle poza zasięgiem. W efekcie ciosy Filipińczyka nie tylko prują powietrze, ale co gorsza, Pacman gubi się w obronie i staje się otwarty na kontry. Zobaczcie jednak sami:

Nie zagłębiając się już w niuansy, wolno chyba stwierdzić, że Marquez jest lepiej wyszkolony technicznie, jest lepszym bokserem po prostu. Pacquiao to maszyna wprost stworzona do ataku na statyczny cel. Jeśli ktoś stanie naprzeciw Filipińczyka, to skończy jak Ricky Hatton.

Historia boksu to historia wielkich rywalizacji. Czwarty pojedynek Pacquiao z Marquezem to genialne posunięcie dla sportu. Niby wszyscy wiemy, że ci dwaj panowie nic nowego nie pokażą, ale wciąż chcemy oglądać ich w ringu. Kibice senatora z Filipin liczą, że ich idol odnajdzie w sobie dawną agresję i rozstrzygnie rywalizację efektownym nokautem. Zwolennicy Marqueza ściskają kciuki za „dziejową sprawiedliwość” w nadziei, że tym razem sędziowie będą dla nich przychylni.

Fot. flickr.com /CC audiovisualjunkie

Jedno jest pewne: ktoś musi przełamać ten impas. W nocy 8 grudnia któryś z nich musi podjąć ryzyko i zrobić coś inaczej, aby po kolejnych 12 rundach znów nie znaleźć się w punkcie wyjścia. Pacquiao i Marquez razem mają na koncie ponad 120 zawodowych walk, ale aby wykonać następny krok, muszą wymyślić siebie na nowo.

PS. jako wierny kibic Pacquiao całkowicie bezpodstawnie wierzę w nokaut.

TT