Ucieczka po American Dream

awalin 01Pożegnaj się z dziećmi, zostaw wszystko i uciekaj zdrajco. Przyznaj, że robisz to tylko dla pieniędzy. Tutaj byłeś kimś, walczyłeś za ojczyznę i rewolucję. Zapomniałeś, że pieniądze nie zastąpią Ci honoru? Tam będziesz nikim. Zmielą Cię jak w młynku do kawy. Pożałujesz, że nie poszedłeś na dno Zatoki Meksykańskiej.

Pośrodku wielkiej wody płynie w łódce, z dwudziestoma nieznajomymi. Teraz jest własnością przemytników; nie człowiekiem, ale towarem; niezrealizowanym czekiem na 15 tys. dolarów. Wspomnienie o osiemnastogodzinnej podróży z Kuby do Meksyku pośród ciemności i nawału wody pozostanie z nim już na zawsze: „Nie wiesz co się z tobą stanie. Umrzesz, czy przeżyjesz?”.

***
Kubański uciekinier rozpoczynając przygodę z zawodowym boksem gra w rosyjską ruletkę. Nie ma drogi powrotnej – w domu jest przecież zdrajcą. Po tym jak opuści łódź przemytników czeka na niego obcy świat. Świat kierujący się zasadami, których nie zna; biznes pełen nieuczciwych promotorów i obietnic bez pokrycia. W tym wymiarze amerykańska „ziemia obiecana” ma w sobie więcej bezwzględności niż XIX-wieczna Łódź z filmu Andrzeja Wajdy.
Uciekając ryzykuje wszystkim. W tym nowym świecie jeden cios może rozwiać marzenia o sławie i posłać go do pracy w McDonaldzie.  Ryzyko, że się nie uda jest tak wielkie, że choć mógł zabrać żonę i dzieci ze sobą, zdecydował się zostawić ich na Kubie.

***

awalin 02Dzieciństwo bez ojca, wiązanie końca z końcem, trefne dzielnice                      i szczenięce bójki na ulicach podupadłego Guantanamo na Kubie to świat Erislandy Lary. W wolnych chwilach opiekuje się gołębnikiem na dachu domu. Godzinami patrzy na szybujące ptaki. Prawdziwą pasją był jednak boks. Lara – jak wielu swoich rówieśników – podglądał jak Teofilo Stevenson, Mario Kindelan zdobywali medale i chciał być jak oni.
System szkolący chłopców na przyszłych mistrzów to pobudki o świcie, kubek mleka i jajko na śniadanie, wojskowe prycze, przepustka do domu raz na miesiąc, dwa treningi dziennie przez sześć dni w tygodniu. Żołnierski dryl kubańskiej agoge formuje charaktery    i uczy, że zwycięstwo to obowiązek wobec ojczyzny. Erislandy Lara przeszedł cała tę drogę od juniora do kapitana reprezentacji Kuby na Mistrzostwach Świata w 2005r.

***

Dwa lata później podczas Mistrzostw Panamerykańskich w Brazylii próbuje uciec. Jest z nim Guillermo Rigondeaux. Wspólnie spędzili trzy tygodnie szukając sposobu na opuszczenie kraju. W końcu odnalazła ich policja. Po deportacji na Kubę był zakładnikiem. Tydzień przesiedział w jednym z domów Fidela. To był koniec kariery, koniec reprezentacji, koniec boksu, ale przede wszystkim koniec pieniędzy. Kiedy zabrakło na jedzenie trzeba było sprzedać medale. Pozostała determinacja, żeby uciec. Tym razem łodzią. Nie mogą mnie złapać. Nie tym razem. W końcu się udało.

***

devosKubański bokser na amerykańskiej ziemi nie ma zamożnych przyjaciół. Nie stoją za nim pieniądze. W dodatku poprzedza go opinia zachowawczego kunktatora. Takiego, który zamiast wdawać się w bójki i zaryzykować nokaut, oddaje werdykt w ręce sędziów. A tutaj boks to biznes i rozrywka. Promotorzy i telewizje nie ustawiają się do takich    w kolejce. Może po prostu nie zdają sobie sprawy z wysokości stawki. Nie wiedzą, że przegrana to dla kubańskiego emigranta kres marzeń o nowym życiu. Nie pojmują, że przegrać znaczy zaprzepaścić przyszłość rodziny.

***

W sobotę Lara zmierzy się z Canelo Alvarezem. Podróż kubańskiego zbiega od przemytniczej łajby do pojedynku za milion dolarów trwała ponad 6 lat. Na Kubie wciąż mieszka jego żona z dwójką dzieci. Zapytany czy żałuje decyzji o ucieczce zdecydowanie zaprzecza: „Na Kubie byłam jak w klatce. Nic bym nie osiągnął. Tutaj mogę wszystko. Mam swój własny Amercian Dream”.

Obecnie Erislandy Lara mieszka i trenuje w Houston. Wciąż – jak kiedyś                        w Guantanamo – hoduje gołębie. Wypuszcza z klatek i patrzy jak jak wzbijają się           w bezkres nieba. Wolne.

TT

Reklamy

Naszym zdaniem: Crawford vs. Gamboa

To co wydarzyło się w sobotę podczas gali HBO w Omaha zakrawa na pięściarską aberrację, ringowe wynaturzenie, które nie powinno się zdarzyć. Szachowy arcymistrz ringu, Yuriorkis Gamboa zginął od własnej broni, pobity na własnym podwórku i na własne życzenie.

Terence-Crawford-vs-Yuriorkis-GamboaJeśli „geniusz to wieczna cierpliwość” jak powiedział Michał Anioł, to ze wszystkich sportowców na świecie kubańscy pięściarze najpełniej dowodzą prawdziwości tych słów. Nie kto inny, jak ci karaibscy szachiści ringu opanowali sztukę czekania lepiej niż starożytny Diogenes, który – jak głosi legenda – na dobrych kilka lat zamieszkał w beczce.
Pięściarze z Karaibów dorastają w kulcie ostrożności i opanowania. Beztroska i ryzykanctwo zostało wykrojone z ich kodu genetycznego. Lekkomyślność usunięta ze słownika. Ich religią jest cierpliwość. Obserwują, wyczekując fałszywego ruchu przeciwnika i kiedy trzeba bezlitośnie wymierzają karę ze lekkomyślność.

fidelKolejne pokolenia, posłuszne tym zasadom, masowo zdobywały olimpijskie laury, a ich zakon zyskał sławę żelaznej pięści karaibskiego komunizmu. Zaprzysiężeni członkowie tego bractwa od małego ślubowali wiernie służyć rewolucji i Fidelowi Castro,      a przede wszystkim nie zaprzedać tajemnic swojego rzemiosła i pod żadnym pozorem nie zdradzić go na rzecz grubiańskiego i nieokrzesanego boksu zawodowego. Choć amerykańscy kapitaliści zarabiali na ringu grube miliony, to ich styl był odpychający: bylejakość w obronie, gruboskórność w ataku, brak obycia z podstawowymi zasadami warsztatu. Boks miał być szlachetną sztuką walki na pięści – nie bezmyślną młócką do ostatniej kropli krwi.

W ostatnią sobotę, te dwa nieprzenikalne światy zetknęły się na ringu w Omaha. Wysublimowany artyzm Yuriokisa Gamboy przeciw praktycznemu i funkcjonalnemu boksowi Terenca Crawforda. Sacrum kontra profanum.

Kubański zbieg po raz kolejny (o czym pisaliśmy tutaj) postanowił odwrócić się plecami od swojej tożsamości. Porzucił zasady bractwa, które uczyniło go tym kim jest. Ściągnął na siebie zgubę, bo zapomniał o powściągliwości. Porzucił cierpliwość i przyjął rolę atakującego. Chcąc przypodobać się sędziom szedł do przodu, inicjował wymiany    w nadziei na zdobycie uznania fanów. Każdy inny, ortodoksyjny kubański pięściarz brzydzi się takimi wybiegami.

Z kolei Amerykanin dał się poznać jako inteligentny technik obdarzony instynktem zabójcy. Z zimną krwią, konsekwentnie wypatrywał swojej szansy – szukał miejsca na mocny prawy sierp. Choć wyraźnie przegrał pierwsze trzy rundy, nie stracił rezonu. Uparcie walczył z odwróconej pozycji. Nagrodą za konsekwencję był krótki prawy sierp w czwartej rundzie, który odmienił losy meczu. Reszta jest historią. Im mocniej Gamboa się starał, tym bardziej smagały go kontry Crawforda. Sędzia przerwał walkę   w 9. rundzie, kiedy Kubańczyk padł po raz czwarty.

Choć Gamboa popełnił wiele błędów, nic nie powinno odebrać Amerykaninowi w pełni zasłużonego splendoru zwycięstwa. Stoczył wielki pojedynek i w pełni zasłużył na miano nowego hegemona wagi lekkiej.

TT

Szpilką w balonik

Przekreślanie szans 24-letniego sportowca, który dopiero poniósł pierwszą porażkę i ma wolę poprawy, jest lekkomyślne. W przypadku pomyłki grozi nawet wystawieniem się na śmieszność. Co do Artura szpilki nie mamy jednak złudzeń.

Fot. flickr.com / justmakeit / CC BY-NC 2.0

Fot. flickr.com / justmakeit / CC BY-NC 2.0

Musiało minąć kilka dni, żeby bez emocji porozmawiać o pojedynku Artura Szpilki      i o tym, co czeka go w przyszłości. Wbrew oczekiwaniom, którymi dzieliliśmy się z Wami tutaj, nasza nadzieja w wadze ciężkiej nie sprawiła Bryantowi Jenningsowi większych kłopotów. Artur był niepewny na nogach i niekonsekwentny w ataku, jego braki w obronie wciąż są widoczne, a przygotowanie kondycyjne nie pozwoliło przeboksować 10 rund w wysokim tempie. Jennings to solidny pięściarz: szczelna garda, wzorowa kondycja, dyscyplina taktyczna.  Do tego atletyzm i zasięg ramion. Amerykanin bez trudu wyłapywał ataki Polaka, spokojnie zwiększał pressing i  realizował swój plan taktyczny. Dla niego był to „zwykły dzień w biurze”. Kolejny oponent na kolankach.

Dla nas ta porażka znaczy dużo. Nawet bardzo. Walka w Madison Square Garden miała  unaocznić światu potencjał drzemiący w Szpilce. Niestety wydobyła na jaw jedynie smutną prawdę o dużych ambicjach, ale słabych umiejętnościach. Wmówiliśmy sobie, że mamy mocnego contendera, który będzie mógł nawiązać walkę ze światową czołówką. A okazało się, że amerykańscy średniacy pokroju Mike`a Mollo, to póki co szczyt możliwości.

Nie zawracajmy obie głowy gadkami o „sercu do walki”, „ambicji” itd. Naprawdę nie warto. Z obozu Polaka słyszymy zapewnienia o ogromie pracy do wykonania, o ciągłej nauce i podnoszeniu umiejętności. Sam Szpilka, mając 24 lata i 17 zawodowych walk, doszedł wreszcie do wniosku, że dobrze byłoby „podnieść gardę do podwójnej”. Najwyższy czas! Mówi, że chce się uczyć, ale deklaruje „z trenerem Łapinem do końca życia”! Słyszę to i zastanawiam się gdzie byłby dziś Władimir Kliczko, gdyby nie poszedł po rozum do głowy i nie oddał się pod opiekę Emanuela Stewarda?

Grając w otwarte karty: nie widać przed Arturem Szpilką przyszłości, o której jeszcze niedawno tak chętnie mówił. Nie ma to nic wspólnego z dobijaniem zawodnika, który właśnie poniósł pierwszą porażkę w karierze. Nie potrafię sobie wyobrazić scenariusza, który doprowadziłby go (za parę lat) do pojedynku o mistrzostwo świata wagi ciężkiej. Wzniesienie się na wyższy poziom wymagałoby od niego nie tylko ciężkiej pracy, Artur potrzebuje pozbyć złych nawyków, wciąż wzbogacać swój arsenał. Być może konieczna byłyby zmiana trenera i całego otoczenia. Ale nawet to nie zmieni namacalnej, kategorycznej, definitywnej prawdy: miłośnicy boksu, Artur Szpilka nie ma argumentów sportowych! Nie ma odporności, nie ma uderzenia, które zrobiłoby różnicę, a warunkami fizycznymi tych braków nie nadrobi.

Porażka z Jenningsem nie jest końcem Artura Szpilki. Jest natomiast brutalnym końcem marzeń o kolejnym wcieleniu Andrzeja Gołoty, który (tym razem z powodzeniem) zawojuje czołówkę wagi ciężkiej.

TT

Ali vs. Frazier III – Thrilla in Manila

ali-frazier-coverMark Kram był jednym z najlepszych amerykańskich dziennikarzy zajmujących się boksem. Przez lata publikował niezapomniane relacje z wielu historycznych pojedynków. Dziś przedstawiamy Wam jeden z najważniejszych tekstów Krama. Opowieść o trzeciej walce Muhammada Alego z Joe Frazierem ukazała się na łamach Sports Illustrated 13 października 1975 roku pod tytułem „Lawdy, Lawdy He’s great”.

 

Wszystko trwało może ułamek sekundy. Przemknęło przed oczami historii niczym cień – szybko i niezauważenie. Mimo to po latach właśnie ten moment zostanie zapamiętany jako obraz bezwzględnej rzeczywistości – w swojej najczystszej i najbardziej uderzającej postaci. Gdyby tej nocy Muhammad Ali mógł spojrzeć w głąb siebie, jaką prawdę by dostrzegł?

U ich stóp ścielił się czerwony dywan, a kręcone schody wiodły w stronę świateł. Wchodzili powoli: Imelda Marcos, pierwsza dama Filipin i Muhammad Ali, gość honorowy bankietu w prezydenckim pałacu Malacang. Piękna Imelda prowadziła potężnie zbudowanego mistrza świata wagi ciężkiej w kierunku podłużnego bufetu przyozdobionego ogromnym kandelabrem. Przystanęli przy bogato zastawionym stole,    a pierwsza dama zaczęła napełniać talerz mistrza. W tym właśnie momencie blask świeczek oświetlił upiorne oblicze człowieka, który zaledwie kilka godzin wcześniej musiał znaleźć odpowiedź na najtrudniejsze pytania dotyczące siebie i swojego rzemiosła.

Najbardziej szalony z egzystencjalistów, największy surrealista naszych czasów, król wszystkiego, na co spojrzał – Ali nigdy wcześniej nie wydawał się tak bezbronny         i kruchy, tak bardzo odarty ze splendoru i sławy, tak żałośnie oddalony od wszechświata, nad którym panowanie samowolnie sobie przyznał. Z wysiłkiem podnosił widelec do napuchniętych ust. Pobladła twarz kontrastowała z purpurowymi siniakami, a spojrzenie zdawało się puste i zupełnie pozbawione dawnego blasku. Prawe oko otaczała opuchlizna.  Przeżuwając w bólu kolejny kęs, na chwilę odwrócił się od światła, jakby właśnie zdał sobie sprawę z groteskowej maski, którą przybrał. Jakby sam zaśmiał się z tego widoku. Potrząsną głową i chwila uleciała.

plakatZaledwie kilka kilometrów od wspaniałego Malacang, w willi na obrzeżach Manili,               w półmroku sypialni leżał człowiek, który w pogoni za Alim zapędził się aż do tej tropikalnej metropolii nad Morzem Południowochińskim. Idealną ciszę zakłócał tylko jego ciężki oddech. Nagle stary przyjaciel wszedł do pokoju i zbliżył się łóżka.

Kto to? – zapytał Joe Frazier podnosząc się powoli.
Kto to? – powtórzył – Nic nie widzę. Zapalcie światło!

Kolejne żarówki rozświetlały pokój, ale Joe wciąż widział tylko mrok. Ten waleczny          i dumny pięściarz ucieleśniał wolę walki nigdy wcześniej nie widzianą w boksie. Wolę, która zaprowadziła go tak daleko. Z pewnością zbyt daleko. Zapuchnięte oczy nie chciały się otworzyć, twarz wyglądała jakby namalował ją sam Francisco de Goya.

Niech mnie, trafiałem go ciosami, które skruszyłyby najtwardsze mury. Słodki Jezu, musi być naprawdę wielki.

Opuścił głowę na poduszkę i po chwili ciężki oddech znów wypełnił sypialnię.

Czas z pewnością skutecznie zatrze wspomnienia tego długiego, dramatycznego poranka. Jednak wszyscy, którzy tego dnia byli w Philippine Colloseum zapamiętają moment, w którym dwóch największych pięściarzy swojej ery skrzyżowało rękawice po raz trzeci. A cały świat wstrzymał oddech.

Droga na Golgotę rozpoczęła się 1 października 1975r. punktualnie o 10:45.
To był historyczny pojedynek. Obaj walczyli na granicy zdrowego rozsądku. Muhammad Ali podsumował go później mówiąc: „To było jak śmierć. Jak nigdy wcześniej czułem jej oddech”.

Koniec części I

(tłum. Magdalena Krzysztofik, Tomasz Targański)

grafika

Z motyką na Szpilkę

szpilka

fot. flickr.com / paojus / CC

Artur Szpilka nie jest dobrym bokserem? Zgoda. Nigdy nie zostanie mistrzem świata? Potwierdzam! Nie oznacza to jednak, że 25 stycznia Bryant Jennings pozamiata nim ring.

Na początek ustalmy co najważniejsze.

Po pierwsze: nie jesteśmy entuzjastami talentu Artura Szpilki, wielokrotnie (choćby tutaj) pisaliśmy co uważamy o jego sportowych osiągnięciach.

Po drugie: faworytem tego pojedynku, który 25 stycznia odbędzie się w Madison Square Garden jest Bryant Jennings i wedle wszystkich praw rządzących boksem nie powinien mieć problemu z wyboksowaniem Polaka na dystansie 10 rund.

Teraz pora na „ale”. Boks nie daje się jednak wtłoczyć w ciasne ramy arytmetyki. 2+2 nie zawsze daje 4, a większy i bardziej doświadczony nie zawsze wygrywa. Na zwycięstwo często wpływ mają rzeczy, na pierwszy rzut oka niewidoczne. Czy chcę przez to powiedzieć, że Szpilka wygra? Nie. Czy ma jednak szansę dać dobrą walkę, prowadzić z Jenningsem wyrównany pojedynek? Sądzę, że tak.
Szpilka nie jest faworytem.  Ale przekreślanie jego szans to efekt negatywnych emocji jakie zawodnik z Wieliczki budzi wśród wielu kibiców.
„Papiery” na zwycięstwo ma Amerykanin, dla którego będzie to wielki debiut na antenie HBO. Przyjrzymy mu się trochę dokładniej: 17 zawodowych pojedynków, 17 zwycięstw, 9 przez KO. Przyzwoita szybkość i siła, oraz imponujący zasięg ramion. To wszystko jednak trochę mało. Jennings nie jest wirtuozem ringu. Ten dobrze wyszkolony rzemieślnik, który zaledwie 5 lat temu po raz pierwszy zasznurował rękawice, dotąd nie zmierzył się z wiarygodnym oponentem. Tymczasem 25 stycznia czeka go spotkanie      z pewnym siebie, niepokonanym, mańkutem. Polak to niekonwencjonalny pięściarz, który wciąż popełnia szkolne błędy, ale mimo to będzie dla Jenningsa wyzwaniem. Nie oznacza to, że Artur wygra. Nie odmawiajmy mu jednak szansy nawiązania wyrównanego boju z pięściarzem, z którym wiązane są duże nadzieje, ale w ringu nic jeszcze nie osiągnął.

Obaj zawodnicy to produkt oczekiwań kibiców boksu w swoich krajach. Amerykanie od lat tęsknym wzrokiem wyglądają następców Evandera Holyfielda, bo o kolejnym wcieleniu Mike’a Tysona nawet boją się marzyć. Polacy są jeszcze bardziej zdesperowani. Wszystkie niespełnione oczekiwania związane z kolejnymi nieudanymi próbami  Andrzeja Gołoty, złożyli natychmiast na barkach pierwszego pięściarza, który lekkomyślnie powiedział, że będzie kiedyś mistrzem świata. Racjonalne myślenie wyleciało oknem, bo górę wzięły emocje i zawiedziona miłość do „uwolnionego z miasta Włocławka”.

W nocy 25 stycznia z pewnością obnażony zostanie któryś mit. Okaże się, czy Amerykanie będą zmuszeni szukać kolejnego zbawcy wagi ciężkiej. A my dowiemy się, czy Artur Szpilka naprawdę warty jest tak mało, jak chcą tego jego krytycy.

TT

Pięściarz roku 2013

plakat

fot. Floyd Mayweather Jr. flickr.com coco2night/CC

Wybór najlepszego zawodowego boksera  w 2013r. to oczywista oczywistość. Jego przewaga nad innymi jest tak duża, że trzeba się zastanowić, czy może lepiej będzie przyznać mu tytuł „superczempiona” i wybierać „regularnego” pięściarza roku?

Jeśli przyjmiemy, że boks to sztuka zarabiania pieniędzy, a najlepszy jest ten, kto wzbogacił się o najwięcej zer na koncie, to najlepszym pięściarzem tego roku musi być Floyd Mayweather Jr.

Jeśli zostawimy pieniądze na boku i zapytamy kto w ciągu minionych 12 miesięcy miał największy wpływ na boks zawodowy, odpowiedź będzie taka sama. Bez względu na przyjęte kryterium, wynik jest oczywisty. Pięściarz z Grand Rapids w Michigan jeszcze nigdy nie był tak potężny, tak wszechwładny. Czy się komuś podoba, czy nie, boks to Floyd.

I nie ma znaczenia, że jedna z dwóch walk jaką stoczył, przypominała bardziej walkę        z cieniem. „Mismatch” z Robertem Guerrero był dopiero przygrywką. Dopiero wrześniowa potyczka z Saulem Alvarezem wydobyła z Mayweathera całą wielkość. Można było odnieść wrażenie, że z rundy na rundę Floyd rośnie, widzi i umie więcej niż kiedykolwiek. Wyższość jego warsztatu nigdy nie była tak oczywista, szybkość nigdy nie była tak widoczna jak tej nocy. I choć Meksykanin nie ustępował i zostawił w ringu całe serce, to każdy ruch Floyda był wielki.

Co więcej, po wielu trudnych wizerunkowo latach, ten rok przyniósł odmianę w sposobie postrzegania Mayweatera. Niegrzeczny arogant pomału znika. Narodził się pewny siebie, odpowiedzialny i szanowany biznesmen. Floyd pokazuje innym  (zwłaszcza czarnym) bokserom, że mogą być panami własnego losu, że nie muszą oddawać połowy swojej gaży wianuszkowi promotorów i agentów. Od kiedy wymyślono walkę na pięści za pieniądze, zawodnicy byli wykorzystywani, ale dopiero na początku XXI wieku czempion   z Grand Rapids odwrócił ten porządek. Oby biznesowy sukces Floyda stał się znakiem czasów, w których to pięściarz będzie podmiotem, a nie przedmiotem tego biznesu.

Zagrożenia to m.in. brak wiarygodnych oponentów. Amir Khan w  oczach większości kibiców na pojedynek z Floydem po prostu nie zasługuje. Ale on mógłby walczyć nawet    z cieniem, a bilety i tak by się sprzedały.

***

Wybór Mayweathera na pięściarza roku jest więcej niż oczywisty. Ale tacy zawodnicy jak Timothy Bradley, Danny Garcia, Adonis Stevenson, Siergiej Kowaliew, Marcos Maidana, Giennadij Gołowkin również nie marnowali czasu. W zasadzie każdy z nich może być brany pod uwagę w tym zestawieniu:
•    Stevenson i Kowaliew ustanowili swoją pozycję jako dwóch najgroźniejszych panczerów w dywizji półciężkiej.
•    Gołowkin, w ciągu roku stał się gwiazdą HBO i już teraz w gronie jego oponentów wymienia się takie nazwiska jak: Martinez, Ward, Chavez Jr.
•    Bradley i Garcia, udowodnili, że pomiędzy kategorią junior półśrednią i półśrednią są najlepsi (nie licząc Floyda).
•    Maidana za sprawienie „niespodzianki roku” i zakończenie dyskusji pt. „czy Broner będzie następcą Mayweathera?”.

Ponieważ hegemonia Mayweathera jest niepodważalna, to może powinno się mu przyznać tytuł „superczempiona” i wybierać „regularnego” pięściarza roku?

TT

Życie pięściarza jest tanie

FIGOsport.de„Magomed będzie żył”. „Rozpoczynamy rehabilitację”. „Będzie dobrze”. To tylko niektóre opinie na temat stanu Magomeda Abdusalamowa, który podczas listopadowego pojedynku z Mikem Perezem doznał nieodwracalnych uszkodzeń mózgu.

Prawda jest taka, że wcale nie będzie dobrze. Thomas Hauser (autor wydanej właśnie po polsku biografii Muhammada Alego) opisał kilka dni temu stan rosyjskiego pięściarza na łamach boxingscene.com. Magomed przebywa na oddziale rehabilitacji Helen Hayes Hospital w Nowym Jorku. Relacja nie pozostawia wątpliwości: „lewa strona czaszki jest groteskowo zniekształcona. W miejscu gdzie przeprowadzono kraniektomię jest krater wielkości piłki tenisowej”. Podczas kraniektomii część kości czaszki zostaje na trwałe usunięta, aby umożliwić dostęp do mózgowia. Hauser pisze: „Magomed oddycha przez rurkę umieszoną w krtani. Jego oczy nieruchomo wpatrują się w ścianę. Nie wiadomo, co, jeśli w ogóle coś, jest w stanie do niego dotrzeć. Żyje”.

Przed pojedynkiem z 2 listopada, oczekiwania wobec obdarzonego nokautującym ciosem i dążącego do wymian Magomeda były wysokie. Sięgały nawet walki o mistrzostwo świata. Teraz jego życie zawęziło się do szpitalnego łóżka.

Magomeda czeka rehabilitacja. Oddział na którym przebywa zajmuje się skutkami urazów mózgu takimi jak: zaburzenia mowy, ruchu, zaniki pamięci oraz umiejętności poznawcze, czy emocjonalne. Miesiąc leczenia kosztuje rodzinę Abdusalamowa 51 tys. dolarów. W jego przypadku rehabilitacja to bardzo relatywny termin. Nawet długotrwałe leczenie nie gwarantuje, że kiedykolwiek będzie w stanie coś powiedzieć, albo zrobić kilka kroków.
Dla kibiców boksu najważniejsze pytanie powinno brzmieć: kto jest odpowiedzialny za stan, w którym znalazł się Magomed Abdusalamow? Stanowa komisja bokserska? Sędzia? Lekarz ringowy? Trener? A może sam pięściarz?

Najłatwiejsza odpowiedź brzmi „w boksie takie rzeczy się zdarzają, a zawodnicy wiedzą, że wchodząc do ringu narażają się na utratę zdrowia”. Ok, ale zrzucając winę na samą istotę zawodowego boksu, wybielamy wszystkich, których prawnym obowiązkiem jest zmniejszyć ryzyko odniesienia kontuzji.

Komisja stanu Nowy Jork mogła zażądać, aby natychmiast po walce przewieźć Abdusalamova do szpitala. Nie zrobiła tego. W szatni po walce badało go dwóch lekarzy i żaden nie powiedział „proszę natychmiast jechać do szpitala”. Wreszcie kiedy narożnik podjął decyzję, że trzeba jechać do szpitala, żaden lekarz, ani przedstawiciel komisji nie wezwał karetki. Półprzytomny Mago w asyście menadżera, wyszedł po prostu przed halę Madison Square Garden i załapał taksówkę!
Ringowy lekarz przez 10 rund przyglądał się jak lewa strona twarzy Magomeda przybiera groteskowy wyraz i nie zrobił nic. Sędzia powinien być kimś więcej niż tylko widzem. A co do reakcji narożnika, to kiedy trener parokrotnie pyta zawodnika czy wszystko ok, a ten mu nie odpowiada, coś jest nie tak.

Okoliczności w jakich Magomed Abdusalamow doznał obrażeń obciążają konto sankcjonującej pojedynek komisji stanu Nowy Jork, sekundantów, lekarzy i sędziego mającego za zadanie opiekę nad pięściarzami, a także telewizji HBO, która transmitowała galę. Wszyscy z osobna wzięli za ten pojedynek pieniądze, ale największy rachunek zapłacił Mago i jego rodzina.

***
Thomas Hauser kończy swój tekst cytatem z Bernarda Hopkinsa, który może służyć za przykład jak mimo ponad 20 lat na ringu dbać o swoje zdrowie. „Teraz wszyscy mówią jak bardzo dbają o zdrowie i bezpieczeństwo pięściarzy. Ale to tylko gadanie. Większość traktuje nas, pięściarzy, jak bydło. Nikt nie myśli o kontuzjowanym bokserze. To nie ich ojciec. To nie ich mąż. Walka zakończona – a oni już myślą o następnej. Wszystko inne mają gdzieś”.

TT