Andrzej Gołota bez cenzury cz.I

andrew01Niewygodne pytanie sparuje żartem, niegroźną zaczepkę potraktuje lekkim jabem, nieczysty atak przepuści nad lewą ręką, zejdzie z linii ciosu i odda z kontry. Oto Andrzej Gołota bez cenzury.

Mistrzem słowa mówionego nigdy nie był. Rozmówca z niego niewygodny i humorzasty. Mimo to, niektóre wypowiedzi Andrzeja Gołoty już przeszły do historii sportu. Wybraliśmy kilka cytatów kojarzonych z najbardziej znanymi momentami w jego karierze. Może pomogą one nam wszystkim zrozumieć coś więcej z tego fenomenu?

1.Noc z 11 na 12 lipca 1996r. Nowy Jork. Kilka godzin wcześniej Andrzej Gołota wydostał się z oblężonej przez policję hali Madison Square Garden. Lekarz właśnie założył mu 13 szwów na czubku głowy, gdzie oberwał wielkim jak dachówka telefonem komórkowym. Ręka trzymająca telefon należała do ochroniarza Riddicka Bowe. Na zewnątrz przy nowojorskiej 7. alei panuje chaos. Kibicujący Gołocie Polacy przed chwilą starli się z ziomkami Bowe’a z Brooklynu. Po ulicach krążą oddziały policji konnej. Środkiem alei idzie pochód wiwatujących Polaków prowadzony przez olbrzyma w białym garniturze z krokodylą szczęką, członka grupy współrządzącej wtedy polskim światkiem przestępczym. Andrzej Gołota próbuje wydostać się z budynku Southgate Tower Hotel, który znajduje się w epicentrum wydarzeń. W momencie, kiedy zjeżdża na dół w hotelowej windzie natyka się na dziennikarza Gazety Wyborczej Radosława Leniarskiego. W środku są również Lou Duva i Roger Bloodworth. Gołota spogląda na Leniarskiego przekrwionymi oczami, rozchyla kurtę, wyciąga zza pazuchy kij baseballowy i puszczając do niego oko mówi: „Niezłe jaja”.

Więcej o walce Gołota vs. Bowe pisaliśmy w: Kronika zapowiedzianej emerytury

2. Kilka tygodni później, latem 1996r. prezydent Aleksander Kwaśniewski jest w drodze na Igrzyska Olimpijskie w Atlancie. Spotkają się z Gołotą w konsulacie polskim w Nowym Jorku. Kwaśniewski nie może się powstrzymać i zdobywa się na pytanie, nad którym tego lata łamał sobie głowy cały naród. Wszyscy Polacy, bez względu na światopogląd, wyznanie, orientację seksualną, sytuację materialną, pochodzenie etniczne i sympatie polityczne bezskutecznie szukali na nie odpowiedzi. Na bok odeszły tradycyjne spory o to, czy stan wojenny był zbrodnią, czy koniecznością. Wszystkie dzienniki, stacje telewizyjne i rozgłośnie radiowe czekały choć na wyjaśnienie TEJ zagadki.

Kwaśniewski: Panie Andrzeju, niech pan powie, dlaczego uderzył pan tego Bowe’a poniżej pasa, przecież prowadził pan na punkty???
Szczerze, panie prezydencie?
Szczerze, panie Andrzeju.
Bo mnie wkurwił – wyjaśnił Gołota.

fot. flickr.com/CC by Drabik

fot. flickr.com/CC by Drabik

TT

W drugiej części Andrzej wyjawi prawdziwe powody porażki z Brewsterem oraz zdradzi co robiłby w życiu, gdyby nie boksował.

Reklamy

Na luzie: liczby Gołowkina

golovkinTransmisja z walki Gołowkin vs Stevens przyciągnęła 1,4 mln widzów  – podała amerykańska telewizja HBO. Kazach staje się więc coraz mocniejszą kartą w talii jaką dysponują włodarze tej stacji.

1,4 mln osób zdecydowało się oglądać pojedynek Gołowkina ze Stevensem. To widownia o prawie 30 proc. większa niż podczas poprzedniej walki Kazacha (29 czerwca z Matthew Macklinem, której pisaliśmy tutaj).

Oznacza to, że Gołowkin vs. Stevens była trzecią najchętniej oglądaną galą organizowaną przez HBO. Pierwsze miejsce zajmuje pojedynek Cotto vs. Rodriguez (1,5 mln), a drugie Chavez Jr. vs. Vera (1,46 mln).

Te liczby wydają się zbawieniem dla HBO, która w ciągu ostatnich 12 miesięcy ponosiła same porażki (utracili na rzecz wielkiego rywala Showtime nie tylko Floyda Mayweathera, ale wszystkich bokserów związanych z Golden Boy Promotions). Rosnące wskaźniki Gołowkina to duży sukces, zwłaszcza, że na amerykańskim rynku bardzo trudno wypromować pięściarza z Europy Wschodniej (za co należy podziękować braciom Kliczko). HBO stawia na GGG ponieważ chce uczynić z niego twarz produktu pt. „HBO Boxing”. Już dziś można zaryzykować twierdzenie, że w 2014r. Kazach otrzyma szansę zmierzyć się z wielkim nazwiskiem.

 

Kolejny pojedynek Kazach stoczy 1 lutego w Monte Carlo, a przeciwnika poznamy niedługo.

Dawno temu w Meksyku – cz.1

Zwykle bokserzy za sobą nie przepadają. Mogą się szanować, ale nie lubić. Są też tacy, którzy się nienawidzą. Ci dwaj tak bardzo chcieli udowodnić, kto jest lepszy, że zapomnieli o obronie, a słynną zasadę „chroń siebie w każdym momencie” odłożyli na bok.


Dawno temu w Meksyku żyli dwaj dumni caudillo. Różniło ich wszystko. Nie potrafili żyć obok siebie. Kiedy takich dwóch rewolwerowców walczy o władzę nad miastem, trup ściele się gęsto. Skoro nie było tam dla nich dość miejsca, musiało dojść do wojny.

zapata 01

Jeden bogaty, drugi biedny. Pierwszy to arystokrata, jasnoskóry mieszkaniec stolicy, drugi – dumny prowincjusz o ciemnej karnacji. Ich światy nigdy nie powinny się zetknąć. Mogliby żyć, nie wiedząc o sobie nawzajem. Widać los chciał inaczej, bo obaj zaczęli uprawiać boks.

Marco Antonio Barrera i Erik Morales uosabiają jeden z najgłębszych podziałów w meksykańskim społeczeństwie: na„białych” mieszkańców Mexico City i ciemnoskórych „Indian” z prowincji. Wychowany w białej, zamożnej rodzinie Barrera reprezentował tych pierwszych: chodził do dobrej szkoły w spokojnej dzielnicy Mexico City a marzeniem jego ojca było wychować syna na prawnika. Młody Barrera wolał jednak bić się na pięści. Na zawodowstwo przeszedł w wieku 15 lat.

el terrible

Erik „El Terrible” Morales fot. flickr.com by the _michael/CC

Erik Morales był dumny z tego, że był częścią tego „gorszego” Meksyku. Uboga rodzina nie mogła zapewnić mu dobrej edukacji, dlatego jedyną szkołą, jaką skończył, był „uniwersytet uliczny” w El Norte, najgorszej dzielnicy Tijuany. Ten chudzielec o indiańskich rysach zaczął boksować w wieku 5 lat. To nie był wybór, ale droga ucieczki. Morales został zawodowcem, mając 16 lat. Druga połowa lat 90. to wyjątkowy czas w historii meksykańskiego boksu: kibice poszukują kogoś, kto pójdzie w ślady wielkiego Julio Cesara Chaveza. Zarówno Barrera, jak i Morales wiedzieli, że tylko jeden jest w stanie go zastąpić. Walczą efektownie, zdobywają pasy mistrzowskie i popularność. Krążą wokół siebie. Wreszcie w 2000 roku godzą się na walkę, która z miejsca staje się kandydatem do „meksykańskiej walki stulecia”.

Kiedy wojna wreszcie wybuchła, dwaj caudillos nie chcieli więcej słyszeć o pokoju. Wszystko inne przestało mieć znaczenie, bo walczyli przecież o coś więcej niż pieniądze.  

zapata 02Szybko stało się jasne, że gra idzie o miano najlepszego meksykańskiego pięściarza swojej generacji. To dużo więcej niż pieniądze. Historia rywalizacji między Barrerą i Moralesem chwyciła za gardło cały Meksyk. Kraj podzielił się na dwie części. Jedni stali za Moralesem, drudzy kibicowali Barrerze. Jasny, lepiej wykształcony i bogatszy Meksyk kontra biedni mieszkańcy prowincji. Rywalizacja przeniosła się poza ring: pobili się podczas wywiadu, a potem jeszcze raz na młodzieżowym meczu piłki nożnej.  Barrera nazywał Moralesa „głupim Indianinem”, a ten odpowiadał, że może jest głupi, ale Barrera „na zawsze pozostanie pedałem”. Rewanż Morales vs. Barrera w 2002 roku był jedną z najbardziej oczekiwanych walk roku. Po 12 zaciętych rundach obaj ogłosili się zwycięzcami, ale zdecydowanego zwycięzcy wciąż nie było.  W ciągu następnych dwóch lat zmierzyli się z różnymi 10 przeciwnikami. Przyszły pierwsze porażki, ale one nie miały znaczenia, bo przeciwnik był znów tylko jeden. Obaj wciąż chcieli udowodnić, kto jest lepszy. W 2004 roku spotykają się po raz ostatni. Po ogłoszeniu werdyktu znów prawie się pobili.

Obaj myśleli, że to już koniec, że skoro nie ma innego wyjścia, to tytuł najlepszego meksykańskiego boksera będą dzierżyli we dwóch.

Caudillos podzielili się zdobyczą. I kiedy już myśleli, że nic im nie zagraża, pojawił się ktoś, kto rzucił im wyzwanie. Nigdy nie traktowali go poważnie, ale on długo znosił upokorzenia i cierpliwie gromadził siły.

Część druga niebawem!

TT

Na luzie: dlaczego Floyd nie płaci kartą?

Floyd Mayweather Jr. nosi przy sobie tylko gotówkę. Dużo. Czasem 500 tys. Czasem okrągły milion. Zarobił i ma do tego prawo. Zastanawiam się tylko dlaczego? Czemu nie płacić kartą, albo czekiem? Po co nosić ze sobą tyle pieniędzy w papierze? Ani to lekkie, ani poręczne. Takie, wydawać by się mogło, racjonalne argumenty mogą przemawiać to śmiertelników takich jak my. Ale uwierzcie mi, Floyd Mayweather Jr. nie jest jednym z nas.

Floyd ma bardzo konkretne powody żeby nosić przy sobie dużo gotówki. To nie jest tania fanaberia, wymysł obrzydliwie bogatego sportowca. Po pierwsze ma firmę do rozkręcenia. The Money Team Promotions to przedsięwzięcie na dorobku i potrzebuje stałego dopływu gotówki. Floyd na pieniądzach się zna, więc wie, żeby firma była traktowana była poważnie potrzeba dobrej atmosfery. W powietrzu musi unosić się zapach forsy.

Po drugie. Bawiliście się kiedyś w klubie płacąc kartą? Mało to wyszukany pomysł. A Floyd lubi się bawić z fantazją. Musi być gotówka. Papier jest zdecydowanie bardziej wszechstronny, niż plastik: można go podpalić, rzucić pod nogi striptizerkom, albo użyć zamiast tortu urodzinowego.

"Pieniądze" lubią spokój - fot. http://instagram.com/floydmayweather

„Pieniądze” lubią spokój – fot. http://instagram.com/floydmayweather

Za ostatnie dwa pojedynki otrzymał w sumie 85 mln $. Kiedy siedział w więzieniu prestiżowy miesięcznik „Forbes” ogłosił go najlepiej zarabiającym sportowcem 2012 roku. W styczniu ubiegłego roku miał zgłosić się ze szczoteczką do zębów przed bramą zakładu penitencjarnego w Nevadzie. Jego adwokaci przekonali jednak sąd do przesunięcia terminu odbywania kary tak, aby Mayweather mógł stoczyć walkę                  z Miguelem Cotto. Sąd wziął pod uwagę argument, że gospodarka stanu Nevada wzbogaci się w ten sposób o ok. 100 mln $.

To, że Floyd rozrzuca, pali albo śpi na gotówce wcale nie oznacza, że leczy kompleksy, bo w dzieciństwie dostawał małe kieszonkowe. Po prostu wie co przyciąga uwagę. Jest pierwszym pięściarzem, który postanowił, że pieniądze staną się jego znakiem rozpoznawczym. Mayweather Jr. jest biznesmenem i dla niego najlepszy jest ten, kto najwięcej zarabia. Aby osiągnąć ten status nie wystarczy być najlepszym pięściarzem. Sam boks, nawet w wykonaniu Floyda, elektryzuje stosunkowo niewielu. Tymczasem studolarówki poukładane w równe stosy robią wrażenie na wszystkich. To gwarantuje zainteresowanie prasy, kliknięcia w Internecie i tysiące kolejnych lajków na Facebooku. Przekonajcie się sami; zobaczcie ile komentarzy zamieszczono pod filmem, na którym Floyd po prostu liczy pieniądze.

Boks od zawsze był i pozostaje starciem osobowości. Każda generacja potrzebuje sportowca, który skupi na sobie uwagę milionów. Ostatnim, któremu ta sztuka się udała był Mike Tyson. W XXI wieku jest to Floyd Mayweather Jr. Można go kochać, można nienawidzić, ale nie sposób przejść obojętnie.

TT

P.S. Inspiratorem tego wpisu jest P.M., który jako pierwszy zadał tytułowe pytanie.

5 bokserskich hitów, na które NIE CZEKA cały świat

Z boksem jest tak, że – uwaga, uwaga – niektóre pojedynki muszą się odbyć, inne może się odbędą, a na pozostałe nie mamy nawet co liczyć. W tym krótkim zestawieniu znajdziecie walki z każdej z tych kategorii. Łączy je na pewno jedno: obchodzą co najwyżej garstkę najbardziej zapalonych kibiców.

  • 1. Dos Santos vs. Władimir Kliczko
Junior dos Santos, fot. MartialArtsNomad.com / CC BY 2.0

Junior dos Santos, fot. MartialArtsNomad.com / CC BY 2.0

Zaczynamy od walki, której nie będzie na pewno. A szkoda, bo mogłaby okazać się dla boksu niesłychanie ważna. Mógłby to być pojedynek, który pięściarstwu zagwarantowałby większy nawet zastrzyk fanów niż elektryzujące 178 cm Mike’a Tysona (według boxrec.com). Całkiem niedawno Junior dos Santos, do zeszłego weekendu mistrz mieszanych sztuk walki UFC w wadze ciężkiej, oświadczył bowiem, że gdyby doszło do ich walki, to bez problemu zapewniłby Władimirowi Kliczce nokaut i szpital. Nie jestem tego wcale taki pewien, ba!, myślę nawet, że gdyby taka walka miała odbyć się na zasadach typowo bokserskich, to Brazylijczyk przypomniałby sobie, jak ląduje się na deskach. Jeśli jednak choć na chwilę mógłby zejść do parteru albo nawet do arsenału ciosów dodać te, które wyprowadza się nogami, ostateczny wynik byłby inny. Zostawmy jednak może te rozważania, zanim przerodzą się w jałową dyskusję na temat wyższości boksu nad MMA i odwrotnie, i wróćmy do tematu. Walka dos Santosa z młodszym z braci Kliczko na pewno byłaby hitem. Telewizja, która pokazałaby taki pojedynek w systemie PPV, zgarnęłaby kupę kapusty, a może nawet ustanowiłaby rekord sprzedaży. Wystarczy prosty rachunek. Dodajmy do liczby fanów mieszanych sztuk walki liczbę fanów boksu; końcowy wynik musi robić wrażenie. Jeśli założymy jeszcze, że po takiej walce fani MMA pokochaliby boks, mamy wydarzenie, które przechodzi do historii.

2. Tomasz Adamek vs. Johnathon Banks

fot. Adamek Team

Tomasz Adamek, fot. Adamek Team

Dwa lata temu nawet nie myślałbym o takim rewanżu. Od tamtej pory zmieniło się jednak sporo. Po pierwsze, Banks znokautował ostatnio amerykańską nadzieję na pas w wadze ciężkiej, Setha Mitchella. Po drugie, Tomasz Adamek w słabym stylu po kontrowersyjnym werdykcie pokonał innego przeciwnika sprzed lat, Steve’a Cunninghama. W czym więc problem? Promotorzy, do stołu! To bowiem walka, w której wymiany obu panów mogłyby światu spodobać się na tyle, że mniej osób dalej narzekałoby na nudę w wadze ciężkiej. Dwa lata temu obaj, Adamek i Banks, walczyli na gali we Wrocławiu. Ten pierwszy oberwał wówczas solidnie od starszego Kliczki, a Amerykanin znokautował w szóstej rundzie Ivicę Bacurina. Gdyby zmierzyli się wówczas ze sobą, a nie ze swoimi rywalami, wygrałby raczej Adamek; Banks niczym wtedy nie zachwycił, a mnie nawet rozczarował. Dzisiaj jednak panowie są na innym już etapie życia i kariery, obaj mają coś do udowodnienia, dlaczego nie mogliby zrobić tego razem? Tym bardziej, że nawet Banks wspominał ostatnio o chęci do rewanżu. No i stoi za nim HBO, czyli bokserski raj, za którym tak tęskni „Góral”.

3. Gennady Golovkin vs. Gabriel Rosado

To walka z kategorii tych, które odbędą się na pewno (no, prawie na pewno). I to już całkiem niedługo, bo 19 stycznia na antenie HBO. Zanim zacząłem pisać ten tekst, nie myślałem o tym, by uwzględnić w  nim Rosado. Pomysł był taki, by Golovkina zestawić z kimkolwiek, tak, z kimkolwiek. Ten gość to maszyna nastawiona na wygrywanie. Ogromny talent, doskonały technik obdarzony niesamowitą siłą ciosu. Przy tym wszystkim Golovkin to trochę talent niesprawdzony, bo trudno za sprawdzian uznać jego walkę z Grzegorzem Proksą (z całym szacunkiem!). W wywiadzie dla „The Ring” „GGG” zapewnia, że jest gotowy na każdego, nawet na Martineza. Myślę, że jest. Ale: zanim do tego dojdzie, ma przed sobą wyzwanie, które nazywa się Rosado. To nie powinien być problem, taka walka nie powinna szczególnie elektryzować i mnie wcale nie jarała tak bardzo aż do dzisiaj. Co się zmieniło? Ano to, że dowiedziałem się, iż Gabriel ma jaja. W kontrakcie ma zapisany umowny limit 158 funtów, ale sam uznał, że chce bić się z Kazachem w limicie średniej. Utrudnia sobie zadanie, bo – jak tłumaczy – chce się spotkać z najlepszą wersją Golovkina. W czasach, gdy każdy bokser i promotor kombinuje, jak może, by jak najmniejszym kosztem zdobyć szczyt, taka postawa zasługuje na szacunek.

 

4. Bernard Hopkins vs. Tavoris Cloud

Bernarda uwielbiam, co tu dużo gadać. Najstarszy mistrz świata w historii w marcu spotka się z obecnym posiadaczem pasa w wadze półciężkiej w wersji IBF. Jeśli wygra, pobije swój własny rekord. Jeśli nie… cóż, B-Hop nic już nie musi udowadniać. Ale oglądać go nadal to i tak przyjemność i przywilej. Zwłaszcza, że to gość, który nie wychodzi po wypłatę i nie zawiesza na kołku rękawic tylko dlatego, bo ciąży nad nim komornik (jak np. Holyfield). To raczej ten typ, który ma na pieńku ze światem i w ringu pojawia się po to, by wyrównać rachunki. Dziękuję ci za to, Bernard.

5. Andrzej Gołota vs. Przemysław Saleta

Fot. flickr.com / DrabikPany / CC BY 2.0

Fot. flickr.com / DrabikPany / CC BY 2.0

Na tę walkę kilka osób akurat czeka, ruszyła już nawet sprzedaż biletów, a Polsat na poważnie bierze się za promocję. Z jednej strony cieszę się na myśl o tej walce, bo fajnie będzie zobaczyć pożegnanie dwóch tytanów polskiego boksu. Mogą być niezłe jaja i ciekawa walka, ale może być też ogromne rozczarowanie. Ok, to ryzyko, które znamy. Z drugiej jednak strony – i  to jest dla mnie najważniejsze – czekam na tę walkę, bo obaj panowie obiecali już, że to ich pożegnanie z zawodowym boksem. Doczekam się więc upragnionego (i moooocno spóźnionego) zakończenia kariery Andrzeja Gołoty. Szkoda, że wbrew początkowym zapowiedziom walka nie odbędzie się we Wrocławiu, ale cóż – po tym, jaką klapą była gala Wojak Boxing Night, podczas której Krzysztof Włodarczyk wygrał z Palaciosem, wcale się nie dziwię, że Wrocław pożegnania Gołoty i Salety nie zobaczy. Aha, do trzech razy sztuka… Wcale nie jestem taki pewien, że ta walka ostatecznie dojdzie do skutku.

PM

PS. A wracając jeszcze do tematu wyższości boksu nad MMA. Sami odpowiedzcie sobie na pytanie, kto na zasadach bokserskich wygrałby walkę: Mateusz Masternak czy Mamed Chalidow…

Władca Pieniądza: Powrót Pieniądza

W mediach, nie tylko tych bokserskich, aż roi się ostatnio od scrabble’owych trójliterówek. Króluje oczywiście TNT, ale wcale nie rzadziej spotkać możemy TMT albo nawet SMS.

Rozszyfrowanie tego pierwszego skrótu sobie daruję. Wszyscy wiemy, że chodzi o&nsbp;kruszący materiał wybuchowy, który według wielu kruszy nie tylko skały, ale też samoloty, a szczególnie ten o numerze bocznym 101. Pozostałe dwa skróty pozwolę sobie jednak rozwinąć. O nowej bokserskiej stajni, The Money Team, założonej przez Floyda Mayweathera i rapera 50Centa, prywatnie Curtisa Jacksona, już pisaliśmy. O SMS Promotions jeszcze nie, ponieważ czekaliśmy na właściwy moment, który właśnie nastąpił. Ale po kolei.

Jak to mówi „Gazeta Wyborcza”, przypomnijmy: na starcie byliśmy pełni wiary i nadziei. W końcu mieliśmy dostać od losu grupę promotorską, która każdą galę chce obstawiać najmocniej, jak to tylko możliwe. Hasło „Koniec undercardu” zwiastowało nastanie czasów, w których nie wydarzenie wieczoru plus wypełniacze mieliśmy oglądać, a galę, całą galę. Nasłuchaliśmy się pięknych zapewnień, że w końcu liczyć będzie się dobro pięściarzy i kibiców, a nie interes promotorów. Mayweather i Jacskon jednym głosem (głosem tego drugiego; pierwszy z więzienia nie przemawiał zbyt często) przemawiali, że od nastania TMT dwóch bokserów gotowych do walki będzie ze sobą walczyło i nawet Pan Bóg, czyli Promotor, nie będzie mógł im tego zabronić. Uwierzyliśmy w to wszystko, chociaż brzmiało tak pięknie, że nie mogło być prawdziwe.

Money Mayweather
Fot. flicr.com /So Max O / cc

Pierwsze sygnały, że coś jest nie tak, zaczęły zza oceanu napływać do Lewego na lewy stosunkowo szybko. Po pierwszym szale, transferowych informacjach, sprawa zaczęła przycichać. Myślałem: sponio, Mayweather wyjdzie z więzienia, historia z TMT wejdzie na wysokie obroty. Ale wolność chyba Floydowi kazała zapomnieć o wszystkim, co nie jest związane z umiłowaniem życia. Opcja walki w grudniu w ogóle gdzieś się ulotniła. O wielkiej gali TMT słuch też zaginął, a przecież to właśnie jej zwieńczeniem miała być walka Floyda. Wcześniej między linami mieliśmy zobaczyć nie tylko przejętych przez The Money Team pięściarzy, ale też samego 50Centa.

No i bach, na twitterze zaczęły lecieć bluzgi. 50Cent wkurzył się na Mayweathera i bez specjalnego pitu pitu oznajmił koniec TMT. W jego miejsce powołał SMS Promotions. Powód? Według rapera oczywisty: Floyd nie daje rady, nie angażuje się w pełni w sprawy Stajni, nie da się z tym rozpieszczonym dzieckiem szczęścia współpracować. Na reakcję Mayweathera nie trzeba było długo czekać i od słowa do słowa doszliśmy do momentu, gdy jeden drugiego nazywał męską wersją groupie, która nadaje się tylko do trzymania pasów, a drugi pierwszego po męsku zwał frajerem. To musiało boleć. Obie strony.

Aha, nie jestem w stanie bez pomocy gugla rozwinąć jednak skrótu SMS. Mayweather uważa, że chodzi tu oczywiście o Snakes Maneuver Slick, ale raczej nie o to chodziło pomysłodawcy…

 

Nie wgłębiając się w finezję bluzgów, warto zwrócić uwagę na jedną, kluczową kwestię. Od początku coś tu nie grało. TMT powstało, ogłosiło swój piękny początek i wielkie plany, po czym nie wydarzyło się zupełnie nic. Możliwe, że Floyd po prostu położył na całą sprawę przysłowiową laskę. Złość rapera można byłoby w takim wypadku zrozumieć. Chwilę później zaczęła się jednak głupawa kłótnia, z której nic nie wynikało. Zakończył ją raper, tłumacząc, że przyjaźń trwa, a konflikt został wymyślony, by podtrzymać zainteresowanie mediów. Dorzucił przy okazji do pieca, mówiąc, że było ono potrzebne głównie Floydowi. I tutaj dochodzimy do sedna, czyli do pytania, na które na razie nie znamy po prostu odpowiedzi. Czy cała narracja, począwszy od pierwszych przebąkiwań o TMT, powstała tylko i wyłącznie po to, by media plotkarsko-bokserskie mogły sobie gdakać, a portfele Mayweathera i Jacksona puchnąć od zielonych? Jeśli faktycznie nie kryła się za tym jakakolwiek szczytna idea, która kazała nam uwierzyć skazanemu i raperowi, i od początku chodziło tylko i wyłącznie o kasę, to jest nam po prostu po ludzku przykro. I słowo, że o TMT, SMS czy trotylu już u nas nie usłyszycie. Chyba że międzynarodowa komisja zdecyduje inaczej.

PM

Na luzie: No mercy!

Zanim Mariusz Wach wejdzie do ringu i – czego jest pewien – znokautuje młodszego Kliczkę, o samej walce wypowiadać będzie się tłum. Lewy kilka słów już na temat szans Mariusza napisał, pewnie jeszcze kilkakrotnie o tym wspomni, pamiętając oczywiście zasadę, że im bliżej walki, tym większa wiara w zwycięstwo naszego.

W tym całym zwyczajowym zgiełku przed zetknięciem się rękawic gruchnęła całkiem niedawno wiadomość, że Mariusz wie już, przy jakim utworze wejdzie do ringu. A wejdzie do ringu przy pieśni Viking (jakże by inaczej) zespołu Prime Prophecy. Dzięki serwisowi bokser.org dowiedzieć się możemy, iż zespół to polonijny, a swój udział w powstawaniu dzieła miał nawet zaprzyjaźniony z redakcją (którą bardzo szanujemy) Marcin „Powiedz- mi-Tomasz” Filipowski. Utwór leci tak, że najpierw zapowiada go Mariusz Wach, a po chwili są gitary, jest bas i są bębny. I jest ryk. Przesłanie, wiadomo, jest mocne. Zresztą posłuchajcie sami:

Przynajmniej części lnl ten utwór się nie podoba. Tak samo jak nie podoba się tej części Polak potrafi albo Pamiętaj Funky Polaka (choć całość lnl na stadionie we Wrocławiu zdarła gardło, przypominając Tomaszowi Adamkowi, skąd na stadion przybył). Tej samej części marzy się utwór, który walory ma także pozakibicowskie. Na przykład taki LL Cool J ze swoim Mama Said Knock You Out albo Kazika Na Żywo Gołota. Takie perełki to jednak wciąż perełki, nie zdarzają się na rogu każdej ulicy, co oczywiście jest sprawą przykrą, ale nie ma co rozpaczać, bo na przykład takie Liryki lozańskie Adama Mickiewicza też są tylko jedne jedyne. I Marky’ego Marka No mercy z najpiękniejszym ever chórkiem również.

Ale po co to całe znęcanie się? Po pierwsze: bo znęcanie się tekstowe nad miernotą nie jest czymś moralnie złym. A po drugie: bo służyć ma to refleksji. Zacznijmy od tezy: boks nie jest popularnym sportem. Rozwińmy ją: boks ogląda mało ludzi, a ludzie, którzy się nim pasjonują, są różni. Dalej: część tych ludzi stara się jakoś wyrazić swoje myśli i emocje (lewy na lewy należy do tej grupy). Jeszcze dalej: niektórzy piszą teksty, inni nagrywają piosenki. I tutaj zaczynają się schody! Mariusz Wach albo Tomasz Adamek nie mają obowiązku polubić naszego wpisu, nie mają obowiązku go skomentować i tak dalej – z jednej prostej przyczyny. Nie wysyłamy im tych postów mailem. Idę jednak o zakład, że gdy już Prime Prophecy pierwszy raz wykonał utwór Viking, to szybko wpadł na pomysł, by go Mariuszowi wysłać. A Mariusz, wielkiego wyboru nie mając, przyznał, że to wielkie dzieło (kolejny zakład: 100 propozycji utworów nagranych przez różne grupy nie dostał). I od nitki do kłębka stało się nieuniknione. Utwór ten stał się oficjalnym utworem Mariusza Wacha. Żeby nie było: nie mam tu żadnych pretensji do pięściarza. To naturalne, że w takim wypadku się nie odmawia; przecież to miłe, gdy zgłasza się band i chce grać utwór na twoją cześć. Pola manewru wielkiego tutaj nie ma: można albo się zgodzić, albo nie. Brak zgody, brak akceptacji, brak okazania zadowolenia to złe odruchy, niemiłe. Takie, które mogą kogoś dotknąć.

Fot. flickr.com / Jaszek PL / CC BY-NC-ND 2.0

Podobnie pewnie sprawa ma się i&nsbp;z Tomaszem Adamkiem. Wybór mały, bierze się to, co jest.

Nie, ani przez chwilę nie zakładam, że te utwory mogą się podobać.

To raczej niemożliwe. O gustach się nie dyskutuje, ale jest muzyka dobra i jest muzyka zła.

Tak samo nie podoba mi się Jesteś szalona śpiewane w Prudential między rundami, w których Adamek bił Chambersa. A nie podoba mi się, bo nie podoba mi się też, że na walkę, która na papierze wygląda, świetnie przychodzi mniej ludzi niż na walkę Tomasza z Kevinem McBurgerem. Odwrócili się kibice? Tak, kibice nie chcą oglądać dobrej walki, oni chcą oglądać drogę do pasa. Pasa nie ma, nie ma widowni. Są ci, którzy Jesteś szalona śpiewać chcą między rundami.

Pozostaje mieć tylko nadzieję, że z piosenkami jest jak z przeciwnikami. Bokser nie ma tu nic do gadania, on wchodzi do ringu, by walczyć. A i utwór, i oponenta wybiera mu telewizja albo promotor. Druga nadzieja: że szukając dzisiaj w mieście szczęścia, natknę się na lepszą muzykę. Łatwo przyjmuję, że tak się stanie.

I dla bolesnego porównania:

PS:  Sam chciałbym wejść do ringu przy Atmosphere Joy Division 😉

PM