Gołowkin vs Geale: dominator

W finałowej scenie „Ludzi honoru” Jack Nicholson wykrzyczał w stronę Toma Cruise’a „Nie zniósłbyś prawdy!” Drodzy kibice boksu, dziś musimy zadać sobie pytanie: czy jesteśmy w stanie znieść inną prawdę. Prawdę o Giennadiju Gołowkinie.

Gołowkin jest jak olbrzym wśród krasnali, odrosły, który karci dzieci. Łamie kości. Rozłupuje charaktery. Kruszy pewność siebie. Tłamsi przeciwnika. Nie interesuje go przewaga – chce hegemonii.

Od kiedy prawie dwa lata temu zadebiutował na antenie HBO wszyscy powtarzali: „teraz zobaczymy czy jest tak dobry”, „to będzie jego najcięższy test”. I co? Proksa, Rosado, Ishida, Macklin, Stevens, Adama, Geale – wszyscy skończyli tak samo. Na kolankach. Nokaut za nokautem. Grono niedowiarków zmniejsza się równie szybko jak liczba chętnych, którzy chcą skrzyżować z Kazachem rękawice.

Dziś w nocy jego siły popróbował odważny Daniel Geale. Wielu sądziło, że zręczny pięściarz z Antypodów przeboksuje cały dystans. Był w ruchu, próbował z odwróconej pozycji, próbował z tradycyjnej. Bez skutku. Azjatycki Waligóra miał swój plan. Lewy prosty, sierp na górę, sierp na dół, skracał ring, wywierał presję. Efekt: nokaut w 3 rundzie.

Odpowiadając na nicholsonowskie: „You can’t handle the truth”. Mówię: zniósłbym. Teraz wiem i wreszcie uwierzyłem, że Gołowkin jest wyjątkowy. Nie tylko z powodu siły. Kazach jest kompletny. Jednocześnie błyskotliwy i solidny we wszystkim: ma technikę, wyjątkową siłę, doświadczenie, ekscytujący styl, dyscyplinę w ringu i poza nim, solidny sztab, dobrego trenera.

Ostatni mistrz świata wagi średniej, który budził strach nazywał się Marvin Hagler. Ale Hagler nie kończył przeciwników w takim stylu. Nie zmiatał ich z ringu w trzy rundy. Z kolei Bernard Hopkins umiał dostosować się do każdego rywala, pozbawiał go największych atutów i kończył zwycięstwem na punkty. GGG jest inny. Nad asymilację przedkłada dominację.

To czas Gołowkina. Pora na wielkie nazwisko. Czas na Miguela Cotto. W grudniu w Madison Square Garden.

TT

Reklamy

Naszym zdaniem: Crawford vs. Gamboa

To co wydarzyło się w sobotę podczas gali HBO w Omaha zakrawa na pięściarską aberrację, ringowe wynaturzenie, które nie powinno się zdarzyć. Szachowy arcymistrz ringu, Yuriorkis Gamboa zginął od własnej broni, pobity na własnym podwórku i na własne życzenie.

Terence-Crawford-vs-Yuriorkis-GamboaJeśli „geniusz to wieczna cierpliwość” jak powiedział Michał Anioł, to ze wszystkich sportowców na świecie kubańscy pięściarze najpełniej dowodzą prawdziwości tych słów. Nie kto inny, jak ci karaibscy szachiści ringu opanowali sztukę czekania lepiej niż starożytny Diogenes, który – jak głosi legenda – na dobrych kilka lat zamieszkał w beczce.
Pięściarze z Karaibów dorastają w kulcie ostrożności i opanowania. Beztroska i ryzykanctwo zostało wykrojone z ich kodu genetycznego. Lekkomyślność usunięta ze słownika. Ich religią jest cierpliwość. Obserwują, wyczekując fałszywego ruchu przeciwnika i kiedy trzeba bezlitośnie wymierzają karę ze lekkomyślność.

fidelKolejne pokolenia, posłuszne tym zasadom, masowo zdobywały olimpijskie laury, a ich zakon zyskał sławę żelaznej pięści karaibskiego komunizmu. Zaprzysiężeni członkowie tego bractwa od małego ślubowali wiernie służyć rewolucji i Fidelowi Castro,      a przede wszystkim nie zaprzedać tajemnic swojego rzemiosła i pod żadnym pozorem nie zdradzić go na rzecz grubiańskiego i nieokrzesanego boksu zawodowego. Choć amerykańscy kapitaliści zarabiali na ringu grube miliony, to ich styl był odpychający: bylejakość w obronie, gruboskórność w ataku, brak obycia z podstawowymi zasadami warsztatu. Boks miał być szlachetną sztuką walki na pięści – nie bezmyślną młócką do ostatniej kropli krwi.

W ostatnią sobotę, te dwa nieprzenikalne światy zetknęły się na ringu w Omaha. Wysublimowany artyzm Yuriokisa Gamboy przeciw praktycznemu i funkcjonalnemu boksowi Terenca Crawforda. Sacrum kontra profanum.

Kubański zbieg po raz kolejny (o czym pisaliśmy tutaj) postanowił odwrócić się plecami od swojej tożsamości. Porzucił zasady bractwa, które uczyniło go tym kim jest. Ściągnął na siebie zgubę, bo zapomniał o powściągliwości. Porzucił cierpliwość i przyjął rolę atakującego. Chcąc przypodobać się sędziom szedł do przodu, inicjował wymiany    w nadziei na zdobycie uznania fanów. Każdy inny, ortodoksyjny kubański pięściarz brzydzi się takimi wybiegami.

Z kolei Amerykanin dał się poznać jako inteligentny technik obdarzony instynktem zabójcy. Z zimną krwią, konsekwentnie wypatrywał swojej szansy – szukał miejsca na mocny prawy sierp. Choć wyraźnie przegrał pierwsze trzy rundy, nie stracił rezonu. Uparcie walczył z odwróconej pozycji. Nagrodą za konsekwencję był krótki prawy sierp w czwartej rundzie, który odmienił losy meczu. Reszta jest historią. Im mocniej Gamboa się starał, tym bardziej smagały go kontry Crawforda. Sędzia przerwał walkę   w 9. rundzie, kiedy Kubańczyk padł po raz czwarty.

Choć Gamboa popełnił wiele błędów, nic nie powinno odebrać Amerykaninowi w pełni zasłużonego splendoru zwycięstwa. Stoczył wielki pojedynek i w pełni zasłużył na miano nowego hegemona wagi lekkiej.

TT

Szpilką w balonik

Przekreślanie szans 24-letniego sportowca, który dopiero poniósł pierwszą porażkę i ma wolę poprawy, jest lekkomyślne. W przypadku pomyłki grozi nawet wystawieniem się na śmieszność. Co do Artura szpilki nie mamy jednak złudzeń.

Fot. flickr.com / justmakeit / CC BY-NC 2.0

Fot. flickr.com / justmakeit / CC BY-NC 2.0

Musiało minąć kilka dni, żeby bez emocji porozmawiać o pojedynku Artura Szpilki      i o tym, co czeka go w przyszłości. Wbrew oczekiwaniom, którymi dzieliliśmy się z Wami tutaj, nasza nadzieja w wadze ciężkiej nie sprawiła Bryantowi Jenningsowi większych kłopotów. Artur był niepewny na nogach i niekonsekwentny w ataku, jego braki w obronie wciąż są widoczne, a przygotowanie kondycyjne nie pozwoliło przeboksować 10 rund w wysokim tempie. Jennings to solidny pięściarz: szczelna garda, wzorowa kondycja, dyscyplina taktyczna.  Do tego atletyzm i zasięg ramion. Amerykanin bez trudu wyłapywał ataki Polaka, spokojnie zwiększał pressing i  realizował swój plan taktyczny. Dla niego był to „zwykły dzień w biurze”. Kolejny oponent na kolankach.

Dla nas ta porażka znaczy dużo. Nawet bardzo. Walka w Madison Square Garden miała  unaocznić światu potencjał drzemiący w Szpilce. Niestety wydobyła na jaw jedynie smutną prawdę o dużych ambicjach, ale słabych umiejętnościach. Wmówiliśmy sobie, że mamy mocnego contendera, który będzie mógł nawiązać walkę ze światową czołówką. A okazało się, że amerykańscy średniacy pokroju Mike`a Mollo, to póki co szczyt możliwości.

Nie zawracajmy obie głowy gadkami o „sercu do walki”, „ambicji” itd. Naprawdę nie warto. Z obozu Polaka słyszymy zapewnienia o ogromie pracy do wykonania, o ciągłej nauce i podnoszeniu umiejętności. Sam Szpilka, mając 24 lata i 17 zawodowych walk, doszedł wreszcie do wniosku, że dobrze byłoby „podnieść gardę do podwójnej”. Najwyższy czas! Mówi, że chce się uczyć, ale deklaruje „z trenerem Łapinem do końca życia”! Słyszę to i zastanawiam się gdzie byłby dziś Władimir Kliczko, gdyby nie poszedł po rozum do głowy i nie oddał się pod opiekę Emanuela Stewarda?

Grając w otwarte karty: nie widać przed Arturem Szpilką przyszłości, o której jeszcze niedawno tak chętnie mówił. Nie ma to nic wspólnego z dobijaniem zawodnika, który właśnie poniósł pierwszą porażkę w karierze. Nie potrafię sobie wyobrazić scenariusza, który doprowadziłby go (za parę lat) do pojedynku o mistrzostwo świata wagi ciężkiej. Wzniesienie się na wyższy poziom wymagałoby od niego nie tylko ciężkiej pracy, Artur potrzebuje pozbyć złych nawyków, wciąż wzbogacać swój arsenał. Być może konieczna byłyby zmiana trenera i całego otoczenia. Ale nawet to nie zmieni namacalnej, kategorycznej, definitywnej prawdy: miłośnicy boksu, Artur Szpilka nie ma argumentów sportowych! Nie ma odporności, nie ma uderzenia, które zrobiłoby różnicę, a warunkami fizycznymi tych braków nie nadrobi.

Porażka z Jenningsem nie jest końcem Artura Szpilki. Jest natomiast brutalnym końcem marzeń o kolejnym wcieleniu Andrzeja Gołoty, który (tym razem z powodzeniem) zawojuje czołówkę wagi ciężkiej.

TT

Życie pięściarza jest tanie

FIGOsport.de„Magomed będzie żył”. „Rozpoczynamy rehabilitację”. „Będzie dobrze”. To tylko niektóre opinie na temat stanu Magomeda Abdusalamowa, który podczas listopadowego pojedynku z Mikem Perezem doznał nieodwracalnych uszkodzeń mózgu.

Prawda jest taka, że wcale nie będzie dobrze. Thomas Hauser (autor wydanej właśnie po polsku biografii Muhammada Alego) opisał kilka dni temu stan rosyjskiego pięściarza na łamach boxingscene.com. Magomed przebywa na oddziale rehabilitacji Helen Hayes Hospital w Nowym Jorku. Relacja nie pozostawia wątpliwości: „lewa strona czaszki jest groteskowo zniekształcona. W miejscu gdzie przeprowadzono kraniektomię jest krater wielkości piłki tenisowej”. Podczas kraniektomii część kości czaszki zostaje na trwałe usunięta, aby umożliwić dostęp do mózgowia. Hauser pisze: „Magomed oddycha przez rurkę umieszoną w krtani. Jego oczy nieruchomo wpatrują się w ścianę. Nie wiadomo, co, jeśli w ogóle coś, jest w stanie do niego dotrzeć. Żyje”.

Przed pojedynkiem z 2 listopada, oczekiwania wobec obdarzonego nokautującym ciosem i dążącego do wymian Magomeda były wysokie. Sięgały nawet walki o mistrzostwo świata. Teraz jego życie zawęziło się do szpitalnego łóżka.

Magomeda czeka rehabilitacja. Oddział na którym przebywa zajmuje się skutkami urazów mózgu takimi jak: zaburzenia mowy, ruchu, zaniki pamięci oraz umiejętności poznawcze, czy emocjonalne. Miesiąc leczenia kosztuje rodzinę Abdusalamowa 51 tys. dolarów. W jego przypadku rehabilitacja to bardzo relatywny termin. Nawet długotrwałe leczenie nie gwarantuje, że kiedykolwiek będzie w stanie coś powiedzieć, albo zrobić kilka kroków.
Dla kibiców boksu najważniejsze pytanie powinno brzmieć: kto jest odpowiedzialny za stan, w którym znalazł się Magomed Abdusalamow? Stanowa komisja bokserska? Sędzia? Lekarz ringowy? Trener? A może sam pięściarz?

Najłatwiejsza odpowiedź brzmi „w boksie takie rzeczy się zdarzają, a zawodnicy wiedzą, że wchodząc do ringu narażają się na utratę zdrowia”. Ok, ale zrzucając winę na samą istotę zawodowego boksu, wybielamy wszystkich, których prawnym obowiązkiem jest zmniejszyć ryzyko odniesienia kontuzji.

Komisja stanu Nowy Jork mogła zażądać, aby natychmiast po walce przewieźć Abdusalamova do szpitala. Nie zrobiła tego. W szatni po walce badało go dwóch lekarzy i żaden nie powiedział „proszę natychmiast jechać do szpitala”. Wreszcie kiedy narożnik podjął decyzję, że trzeba jechać do szpitala, żaden lekarz, ani przedstawiciel komisji nie wezwał karetki. Półprzytomny Mago w asyście menadżera, wyszedł po prostu przed halę Madison Square Garden i załapał taksówkę!
Ringowy lekarz przez 10 rund przyglądał się jak lewa strona twarzy Magomeda przybiera groteskowy wyraz i nie zrobił nic. Sędzia powinien być kimś więcej niż tylko widzem. A co do reakcji narożnika, to kiedy trener parokrotnie pyta zawodnika czy wszystko ok, a ten mu nie odpowiada, coś jest nie tak.

Okoliczności w jakich Magomed Abdusalamow doznał obrażeń obciążają konto sankcjonującej pojedynek komisji stanu Nowy Jork, sekundantów, lekarzy i sędziego mającego za zadanie opiekę nad pięściarzami, a także telewizji HBO, która transmitowała galę. Wszyscy z osobna wzięli za ten pojedynek pieniądze, ale największy rachunek zapłacił Mago i jego rodzina.

***
Thomas Hauser kończy swój tekst cytatem z Bernarda Hopkinsa, który może służyć za przykład jak mimo ponad 20 lat na ringu dbać o swoje zdrowie. „Teraz wszyscy mówią jak bardzo dbają o zdrowie i bezpieczeństwo pięściarzy. Ale to tylko gadanie. Większość traktuje nas, pięściarzy, jak bydło. Nikt nie myśli o kontuzjowanym bokserze. To nie ich ojciec. To nie ich mąż. Walka zakończona – a oni już myślą o następnej. Wszystko inne mają gdzieś”.

TT

Słodki smak porażki

Złamana kość policzkowa, skrzep krwi w mózgu, złamana lewa ręka i nos – wszystko za 40 tys. dolarów. Czy było warto? Gdyby nie śpiączka, Magomed Abdusalamow na pewno powiedziałby, że było.

FIGOsport.de

Magomed „Mago” Abdusalamow fot. Flickr.com CC by FIGOsport.de

W boksie zwykle jest tak, że zwycięzca bierze wszystko. Pieniądze, tytuły, zachwyt publiczności i dziennikarzy, wszystko jak łup wojenny, należy do tego, który skończył walę           z uniesionymi rękami. Od tej brutalnej reguły jest tylko jeden wyjątek. Bogowie boksu wymagają poświęcenia. Nie wystarczy im jednak pot wylewany na treningach, godziny sparingów, praca na granicy fizycznego wyczerpania. To wszystko za mało. Chcesz odkupić przegraną? Musisz zawrzeć pakt z diabłem. Bogowie boksu żądają cząstki Ciebie. Porażka pójdzie w niepamięć  tylko jeśli zostawisz w ringu kawałek solidny kawałek własnego „ja”.

W sobotę w nocy na taki handel przystał Mogamed Abdusalamow. Rosjanin przegrał walkę, która miała być jego przepustką do wielkiej kariery. Został pobity przez pięściarza techniczne zdolniejszego, który nie bał się przyjąć jego najlepszych ciosów. Biorąc pod uwagę bokserskie rzemiosło Mike Perez górował w każdym elemencie: lepiej kontrolował tempo i powierzchnię ringu, był szybszy, bardziej precyzyjny, a jego ciosy robiły większe wrażenie na sędziach. Po 10 rundach metodycznego lania Abdusalamow skończył walkę z groteskowo opuchniętą twarzą. Dopiero w szpitalu okazało się, że do złamanej kości policzkowej należy doliczyć lewą rękę i nos.                 W poniedziałek rano okazało się, że w jego mózgu jest skrzep i trzeba go usunąć. Rosjanin jest w sztucznie wywołanej śpiączce.

W boksie bardzo rzadko zdarza się, że nazwisko zwycięzcy schodzi na drugi plan. Tym razem Mogamed Abdusalamow postarał się, żebyśmy bardziej niż punktację, zapamiętali to co zostawił na ringu w Madson Square Garden. A zostawił kawał serca        i zdrowia. Już w trzeciej, czwartej rudzie Rosjanin miał wszelkie prawo poprosić swój narożnik o poddanie walki. Wolał boksować dalej. Zdecydował, że pójdzie na układ     z Bogami boksu i wykupi się od porażki. Udało mu się.

P.s. patrząc na twarz Abdusalamowa wydaje się, że są mniej ryzykowne sposoby na zarobienie 40 tys. dolarów (tyle wyniosła gaża Rosjanina). Ale Amerykańskie media, stacje telewizyjne i promotorzy, słowem wszyscy Ci, którzy rządzą tym sportem, kochają wielkich wojowników. Kochają tych, którzy nie boją się zaryzykować wszystkiego, żeby wygrać. Idę o zakład, że (jeśli pozwoli mu na to zdrowie) „Mago” wróci na ring na gali HBO  i zainkasuje sześciocyfrową wypłatę.

Szybki lewy: gala w San Antonio

Trzy pojedynki: dwa nokauty i mocny kandydat do walki roku. Podczas gali Showtime w San Antonio widzieliśmy jak boksować jedną ręką, przekonaliśmy się, że Japończycy są twardzi jak gwoździe, a lewy sierp na wątrobę powali nawet twardego Argentyńczyka.

Showtime i Golden Boy Promotions po raz kolejny w tym roku udowodnili, że wiedzą jakich zmian potrzebuje boks zawodowy. Na ich karcie znalazły się trzy dobrze obsadzone pojedynki: Keith Thurman vs Diego Chaves, Omar Figueroa vs Nihito Arakawa i Andre Berto vs Jesus Soto Karass. Wszystkie okazały się równie ekscytujące co wyrównane.

Najpierw jednak kilka zdań o tym dlaczego to wszystko tak piękne wyszło:

  • Po pierwsze Golden Boy do spółki z Showtime na reszcie zrozumieli, że kibice żądają emocji od pierwszej walki. Nikt nie chce już czekać kilka godzin na pojedynek wieczoru, undercard jest równie ważny jak główne wydarzenie.
  • Odpowiednie zestawienie zawodników. Kiedy w ringu spotyka się dwóch głodnych bokserów, którzy nie mogą sobie pozwolić na porażkę – to już jest recepta na dobry pojedynek. Tu nie było miejsca dla „pomdorów”, którzy chcą dorobić do emerytury, cała szóstka miała coś do udowodnienia i było to widać w ringu.
  • Nowinki techniczne wprowadzone przez Showtime stają się naprawdę interesujące. Śledząc profil „SHOStats” na Twitterze mamy dostęp do statystyki zadanych ciosów runda po rundzie.

poster

Pojedynek wieczoru: Berto vs. Soto Karass dostarczył wielu sprzecznych emocji. W założeniu miał być to początek nowego rozdziału w karierze Berto, tymczasem Soto Karass pokazał, że nie powinno się spisywać go na straty.

  • Jesteś tak dobry jak twoja ostatnia walka – święta prawda. 8 porażek w rekordzie Karassa mogło wskazywać, że promotorzy nie wiążą z nim większych nadziei. Będą musieli zmienić zdanie. Atrakcyjny styl walki, skłonność do niszczycielskich wymian + 1324 zadane ciosy – Soto Karass może być pewny miejsca na kolejnej dużej gali Showtime.
  • Nowy trener, nowe podejście, świetny obóz przygotowawczy – wszystko to nie pomogło. Andre Berto przegrał, ale nie powinniśmy go skreślać, a już na pewno nie powinniśmy wróżyć końca kariery. Z punktu widzenia atrakcyjności, Amerykanin to zawodnik, którego chciałaby mieć każda telewizja: daje z siebie wszystko i nie kalkuluje.
  • Boks jako sztuka walki jedną ręką. Kontuzja barku Berto dodała jeszcze dramatyzmu walce wieczoru. Moim zdaniem Amerykanin skończyłby przeciwnika przed czasem, gdyby tylko miał do dyspozycji obie ręce. Berto, od 4 rundy używając jedynie lewego prostego i lewego sierpa, wykazał się nie tylko odwagą, ale przede wszystkim kunsztem bokserskim.

Pojedynek Omar Figueroa vs. Nihito Arakawa mógł przyprawić o palpitację serca.

  • Dla mnie to mocny kandydat do tytułu walki roku: żaden z nich nie miał zamiaru zejść z ringu jako pokonany, walczyli w szalonym tempie i przedkładali atak nad obronę. Figueroę w akcji widziałem po raz pierwszy, ale już wiem, że chcę zobaczyć kolejny występ. Młody meksykanin ma ciężkie ręce i niezłą technikę.
  • Powiedzieć, że Arakawa pokazał serce do walki, to za mało. Nie tylko był           w stanie pójść na wyrównaną wymianę, obdarzony dużo słabszym uderzeniem Japończyk chwilami przytłaczał i spychał na liny faworyzowanego Figueroę!
  • Ich walka chwilami przypomniała pamiętne starcie Ray Mancini vs. Doo Koo Kim, zakończone tragiczną śmiercią Koreańczyka. Patrząc na zapuchnięta twarz Arakawy i wiedząc, że ten gość się nie podda, miałem wątpliwości, czy do akcji nie powinien wkroczyć jego narożnik. Zadaniem teamu (i sędziego) jest przede wszystkim chronić zawodnika. Nawet przed nim samym.

Walka otwierające galę: Keith Thurman vs. Diego Chaves:

  • Thurman potwierdził, że stanowi realne zagrożenie dla każdego zawodnika      w kategorii półśredniej.
  • Argentyna wciąż „produkuje” świetnych bokserów. Po Martinezie. Maidanie        i Matthysse publiczności za oceanem zaprezentował się Chaves. Na pewno zobaczymy go jeszcze na gali Showtime, bo radził sobie naprawdę dobrze świetnie sobie radził, ale:
  • Lewy sierp na wątrobę pozostaje jednym z najgroźniejszych uderzeń              w boksie.

TT

Jak Polak okazał się Kozakiem

Krzysztof Włodarczyk ma za sobą najważniejszą walkę w karierze. Stopując Rahima Czakijewa dokonał rzeczy naprawdę wielkiej. Kto w niego nie wierzył, teraz musi uderzyć się w piersi. Trzeba przyznać: Diablo, jesteś prawdziwym mistrzem.

diablo

fot. flickr.com by Light+locker CC

Intuicja historyczna podpowiada nam, że w Moskwie dzieją się zwykle rzeczy wielkie. Tak już mamy, że właśnie w tym starożytnym mieście carów, co jakiś czas dokonujemy cudów. Dziś Krzysztof Włodarczyk wpisał się w tą tradycję. Był to prawdziwie epicki bój. Dramatyzm, nokdauny, wysokie tempo i pokaz bokserskich umiejętności okraszony zgrabnym nokautem.

 
Przełamać niepokonanego Rahima Czakijewa, kreowanego zawczasu na kolejnego mistrza w kategorii cruiser, zrobić to w taki spektakularny sposób, w dodatku na terenie przeciwnika, to wielka sprawa. Chyba po raz pierwszy mogliśmy poczuć prawdziwą dumę, że Polska ma takiego mistrza jak Krzysztof Włodarczyk. Być może kilku z nas po raz pierwszy krzyczało: „Diablo, Diablo”! Włodarczyk wreszcie dał polskim kibicom to, czego wcześniej bardzo skąpił: EMOCJE.

 
Zaczęło się jak u Hitchcoka. Krew chlusnęła już w pierwszej odsłonie. Zaskoczenie. Mistrz w pełnej defensywie. Pretendent błyskotliwy, wyrafinowany w swoich atakach. Ostrość bokserskiego konceptu i pewność siebie była po jego stronie. Diablo jakby zahukany, ale pewnie patrzący przed siebie i gotowy na wszystko, co Ingusz miał do pokazania. Pierwsze pięć rund Włodarczyk przegrał. Tym co zrobił potem potwierdził, że prawdziwy mistrz musi umieć czekać. Spokojnie, miarowo, szukał miejsca na swój firmowy cios. Krótki lewy sierp w ostatnich sekundach 6 rundy był początkiem końca dzielnego wojownika z Kaukazu. W kolejnych rundach Czakijew próbował jeszcze naruszyć mistrza, ale Diablo już wiedział, że ma go na widelcu. Ring należał do niego. W kończący cios Polak włożył całą siłę, skręcił ciało i nie miało znaczenia, że pięść nie trafiła w szczękę – to był koniec.

 
Po spektakularnej obronie pasa WBC możemy być dumni, że mamy takiego mistrza jak Krzysztof Włodarczyk. Na ringu w Moskwie Diablo zaprezentował cechę, której u 99 proc. polskich sportowców ze świecą szukać: pewność siebie.

 
Nie wiem, jak dalej potoczy się jego kariera. Duże nazwiska w jego kategorii wagowej        i unifikacyjne pojedynki są blisko: czekają tuż za Odrą (Huck, Hernandes). Waga ciężka? Sam Włodarczyk daje do zrozumienia, że to tylko kwestia czasu.

TT